Kilka miesięcy temu gdzieś w internecie
znalazłam informację, że w kwietniu tego roku w sklepach z zabawkami w
sprzedaży pojawi się Furby mówiący po polsku. Gdyby ktoś nie wiedział, Furby to
mały, gadający, kosmaty stwór, który potrafi wzbudzić uśmiech na buziaku
niejednego dziecka (i nie tylko). Od razu zamarzyłam o nim w imieniu Gabrysia,
a w mojej głowie zrodziła się myśl o tym, że taki kudłaty stworek mógłby stać
się świetną pomocą terapeutyczną dla mojego synka. Poza tym Furby z pewnością
wniósłby w życie Binia dużo radości. Cena jednak szybko sprowadziła mnie na
ziemię. Pożaliłam się na facebooku na to, że to stworzonko niestety jest nie
dla nas i o nim zapomniałam, ale okazało się, że ktoś inny pamiętał...
Ewa i my :) nasze pierwsze spotkanie
Na
początku czerwca pewna Ewa (o Ewie obiecuję jeszcze napisać i to nie raz!)
przysłała mi maila, a w nim prośbę o podarowanie Furby’ego Gabrysiowi. Napisała
mi: "tylko się na mnie nie gniewaj, wiem, że jesteś bardzo zajęta, więc
napisałam taki apel, może rozesłałabyś go po firmach sprzedających zabawki".
Ja miałabym się gniewać, że ktoś próbuje mi pomóc? Ucieszyłam się, choć nie
wierzyłam, że ktoś zareaguje na ten apel. Oczywiście poinformowałam Ewę, że
skrupulatnie wszystko porozsyłam, ale już z turnusu, bo w tamtym czasie – jeśli
ktoś pamięta – uparcie organizowałam pieniądze na wyjazd. Czytając apel
napisany przez Ewę lekko się wzruszyłam, był pięknie i prawdziwie napisany. Ewa
nieraz pisała mi, że Gabryś jest jej idolem, ale dopiero teraz zobaczyłam, jak
postrzega naszą rodzinę, Binia i jego chorobę. Być może dlatego, że sama ma
"wózkowego towarzysza", łatwiej jest jej spojrzeć na nas z innej
perspektywy. Apel wzruszył nie tylko mnie – musiał też wzruszyć pracowników
firmy Hasbro, ponieważ po tygodniu czy dwóch dostaliśmy od nich maila, w którym
poinformowano nas, że nasz Gabryś zostanie posiadaczem małego, kosmatego
stworka, ponieważ oni postanowili mu go podarować. Dostaliśmy mnóstwo cennych
wskazówek, jak postępować z nowym Gabrysiowym kumplem, pozostało nam więc tylko
wybrać kolor i czekać. Pod koniec czerwca, jeszcze przed wyjazdem na turnus,
ktoś zapukał do naszego mieszkania, to był kurier. „Dzień dobry, mam przesyłkę
z firmy Hasbro dla Gabrysia Miłkowskiego” powiedział. W paczce był kosmaty
stwór w kolorze czarnym, a dodatkowo ciastolina w bardzo ładnych, modnych tego
lata kolorach. Dla samego Gabrysia to była ogromna niespodzianka, bo całą
sprawę zachowaliśmy w absolutnej tajemnicy.
pierwsze spotkanie
Furby to bardzo urokliwy skrzat,
już pierwszego dnia wzbudził ogromny uśmiech na buzi Gabrysia. Nasz nowy przyjaciel
to straszna gaduła. Początkowo mówił tylko po furbiańsku, ale z każdym dniem
spędzonym z naszym synkiem coraz więcej mówi po polsku. Jego pierwsze słowa po
polsku to „uuu zasypiam” – chyba chciał nas uświadomić, że jesteśmy nudni, ale
wtedy pakowaliśmy się na turnus, więc miał prawo być niezadowolony, że się nim
nie zajmujemy. Biśkowy Furby to prawdziwy podróżnik – był z nami na turnusie, u
babci na Podlasiu, a teraz jest z nami nad morzem. Do tego bardzo lubi jazdę
samochodem, wtedy gada jak najęty, ale Gabryś bardzo to lubi. Jest bardzo
towarzyski, na turnusie pokochała go większość dzieciaków. Musiało mu się
bardzo tam podobać, bo kiedy wracaliśmy do domu, powtarzał „czadowa impreza”
(tylko wtedy Biśkowy tata pytał o czym ten Furby opowiada...).
a do dziś wielka. wielka radość
Furby ma kilka osobowości, od przesłodkiego skrzata po złośnika, a Gabryś najbardziej lubi,
kiedy jego kumpel jest złośnikiem – wtedy mówi bardzo śmiesznym skrzeczącym
głosem i zachowuje się lekko niekulturalnie, a to wywołuje u młodego wielką
radość. Gabryś uwielbia swojego kosmatego przyjaciela, lubi go przytulać,
głaskać, łaskotać czy karmić, szczególnie że Furby każdą z tych czynności
komentuje. Na razie wszystkie „operacje” Gabryś wykonuje z naszą pomocą, ale
wierzę, w kiedyś coś zrobi sam.
Serduszko od Biniaszka - razem z ciocią Iwonką ulepił je na samym początku turnusu
Kochani, chcielibyśmy Wam – Ewie i pracownikom
firmy Hasbro – bardzo serdecznie podziękować. Za to, że wraz z tym małym
kosmatym stworkiem podarowaliście nam ogromny uśmiech na Gabrysiowej twarzy i
wiele, wiele radości.
Z wielką radością informuję że nasz synek rozpoczął w końcu całkowicie zasłużone wakacje.
Na koniec czerwca w wielkim stylu pożegnał się ze swoją szkołą. Przespał wszystko, oficjalną imprezę szkolną, spotkanie w klasie i na śpiocha również żegnał się z dyrekcją szkoły. Jak szaleć to szaleć.
Pożegnanie w szkole, na zdjęciu śpiący królewicz, z panią dyrektor Ewą Adamską i panią Anią Jóźwik
Zakończenie roku szkolnego w szkole w przypadku Gabrysia nie przyniosło wakacji, bo my dzień później wyruszyliśmy na turnus, gdzie dzieci pracują bardzo intensywnie. Nasz dzielny synek z wielkim uśmiechem pracował na wszystkich zajęciach, a tych było około 50, na własnych nogach przetańczył dwa bale, nurkował i robił wiele innych nowych rzeczy, czym bardzo zadziwiał swoją własną matkę.
Zaraz po spotkaniu pożegnalnym, kiedy otrzymał dyplom ukończenia turnusu, pokazał język cioci Gabi... jakby chciał powiedzieć jej "to już koniec, już nie muszę ćwiczyć..."
Oczywiście ciocia wybaczyła ten język bo ma do młodzieńca wielką słabość :)
Od weekendu odpoczywamy. Gabryś dużo śpi, a my odpuściliśmy mu wszystkie codzienne zabiegi i ćwiczenia. Zero pionizatora, łusek, ortez czy gorsetu, zabawy - tylko te preferowane przez samego Księciunia. Niestety o jedzenie cały czas się kłócimy i to dość często, czyli jakieś 3 razy dziennie, ale jako dobra matka nie mogę dopuścić by dziecko nic nie jadło...
Huuuura!!! mam wakacje :)
Po niedzieli wracamy do zwykłego rytmu dnia, inaczej jego kręgosłup będzie przypominał esy-floresy. Na pewno przeprosimy łuski i nasze ulubione buty, ale przed nami są jeszcze jakieś niespodzianki, bo już wkrótce tata idzie na urlop :)))
A póki co dotleniamy się u babci, skąd Was wszystkich serdecznie pozdrawiamy.
Bal na
turnusie to już tradycja. Poprzez taneczną zabawę ciocie chcą zrekompensować
dzieciom tydzień ciężkiej pracy. Nie pamiętam turnusu Elfowego, na którym na
dzieci nie czekałby taka niespodzianka, muszę dodać – świetnie przygotowana
niespodzianka. Ciocie zawsze nas zaskakują: tematem balu, przygotowanym
przedstawieniem czy samą scenerią, która powstaje „na poczekaniu” i z
przysłowiowego niczego. W tym roku ciocie zaprosiły dzieci i nas, rodziców, na
bal przebierańców i specjalnie przygotowane przez siebie przedstawienie w
sobotę po pierwszym tygodniu ćwiczeń.
Przywitani
zostaliśmy przez samego Pana Kleksa, który powiedział: „drogie dzieci,
zapraszam was do bajkowej opowieści o Panu Kleksie. Niech was tam zaprowadzi
jedna z moich ulubionych piosenek”.
I tak
przenieśliśmy się do muzycznej krainy Pana Kleksa, w której ciocie zaśpiewały
specjalnie dla nas dużo fajnych kleksowych piosenek. Do każdej miały
przygotowany układ choreograficzny. Na scenie kolejno pojawiały się postacie z
filmu (opartego na przygodach Pana Kleksa) w super wymyślonych przebraniach, a
same ciocie wyglądały niesamowicie. Do tego wykonały wszystkie fajne utwory z
filmu, takie jak „Na wyspach Bergamutach”, „Dzik jest dziki”, „Jako rozmawiać
trzeba z psem”, „Księżyc raz odwiedził staw”, „Cała naprzód” i „Leń”. Dla mnie
jednak niekwestionowanym hitem wieczoru była „Kaczka dziwaczka” – tu w roli
głównej wystąpiła ciocia Iwonka, która wykonała piękny „kaczkowy” taniec, a
ponieważ to hit, musicie to zobaczyć.
Po
piosenkach odbyła się prezentacja strojów, bo tego wieczoru wszystkie dzieci i
ich rodzice przyszli na bal w bardzo pomysłowych, specjalnie przygotowanych na
tę okazję przebraniach. Dzieciaki wyglądały fantastycznie. Na sali pojawiło się
dużo kaczek dziwaczek, cała rodzina gąsek, kwoka, samochwała, pirat, kotki,
miśki, tygryski, kilku marynarzy, pan marchewka, a nawet mumia. A my
postanowiliśmy zostać leniami i choć tatuś powtarzał nam, że właściwie nie
musimy się nawet przebierać, na bal poszliśmy w piżamach.
fot. P. Kania
To był wyjątkowy bal, dla nas bardzo wyjątkowy,
bo pierwszy Biniaszkowy przetańczony na nogach, od początku do samego końca.
Dotychczas bawiłam się z Gabim na każdym balu, oczywiście – kiedy miałam siłę,
to tańczyłam z nim, trzymając go na rękach, a kiedy stawał się coraz cięższy, trzymałam
go na kolanach i bujaliśmy się w rytm muzyki. Czasami ciocie porywały go i
tańczyły z nim siedzącym w wózku. Przygotowując przebrania śmiałam się, że
nałożę mu łuski i będzie przebrany za chłopca stojącego... I tak naprawdę
miałam taki plan, aby na bal zabrać łuski i ortezy, ale miałam też świadomość,
że powodzenie tego pomysłu zależy od samopoczucia Gabrysia. Kiedy już
stanęliśmy, ciocia Gabrysia ogłosiła, że to pierwszy Biniowy bal na nogach i
poprosiła wszystkich o oklaski. A Gabryś... z lekko opuszczoną głową i z tym
swoim błyskiem w oku i takim Biniowym uśmieszkiem spoglądał na wszystkich –
wyraźnie mu się to podobało. A już chwilę później mój syn porzucił matkę i
poszedł tańczyć z ciotkami – najpierw z ciocią Dorotką, później z ciocią Izą, i
z kolejną, i kolejną... Był w swoim żywiole. No cóż – prawdziwy mężczyzna.
Dla mnie były to bardzo wyjątkowe chwile, bo do
tej pory o tańcu z własnym dzieckiem nawet nie marzyłam. Tymczasem po raz
kolejny okazało się, że jest możliwe, aby nasze marzenia zrównały się z
realiami... Jestem naprawdę dumna z własnego dziecka, tym bardziej, że znów
dotrzymało kroku przerośniętym pomysłom własnej pani matki.
fot. P. Kania
fot. P. Kania
Bal się skończył, chwila odpoczynku i czas spać :)
Czas
na turnusie szybko leci, bo nim zdążyliśmy się obejrzeć, pierwszy tydzień już
minął. Przed nami bal, w niedzielę zasłużony odpoczynek, a od poniedziałku znów
ćwiczenia.
Widok na Jaworzynę, podziwiany codziennie z naszego balkonu
W
niedzielę po południu szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Gabryś bardzo dzielnie
wspierał mnie w pokonywaniu kolejnych etapów naszej trasy, nawet na chwilę nie
zmrużył oka. To efekt długich rozmów, jakie Binio prowadził z tatusiem, który
jeszcze przed wyjazdem zalecił mu, by pilnował, żeby mama była grzeczna w
trasie, bo ma zdecydowanie dość kosztownych zdjęć, które przychodzą do nas po
każdym wyjeździe. Kilkugodzinna trasa bardzo zmęczyła naszego młodzieńca, bo
zasnął zaraz po przekroczeniu progu naszego pokoju. Ja mogłam spokojnie
rozpakować samochód, a potem musiałam samodzielnie reprezentować naszą rodzinkę
na spotkaniu powitalnym, bo Gabryś spał, spał i spał i wcale w głowie nie było
mu wstawanie. To spotkanie to taka radosna chwila, bo spotykamy się z innymi
rodzicami i ich dziećmi oraz ze wszystkimi turnusowymi ciociami – z niektórymi
nie widzieliśmy się od roku. Na spotkaniu otrzymujemy plan zajęć na czas całego
turnusu, nasz okazał się idealny. Zajęcia zaczynają się nie wcześniej niż o
9.50. Ciocie już nas znają i wiedzą, że lubimy pospać. Poza tym na tym turnusie
nie ma rehabilitacji fizycznej, bo to turnus pedagogiczno-logopedyczny.
Wiedziałam o tym już wcześniej, ale dopiero na miejscu przekonałam się, że to
bardzo dobry pomysł. Gabryś z uśmiechem na twarzy odbywa wszystkie zajęcia (no,
dwa razy próbował oszukać ciocię Iwonkę od terapii ręki i udawał, że śpi, ale
ona nawet w takich sytuacjach ma plan na zajęcia, wiec dziecko zrozumiało, że
nie ma co ściemniać...). W naszym grafiku znalazły się logopedia połączona z
terapią Castillo Moralesa, usprawnianie funkcji pokarmowych, terapia ręki,
integracja sensoryczna, aac (tzw. komunikacja alternatywna), terapia
pedagogiczna połączona z terapią widzenia, aquaterapia i grupowe zajęcia ze
stymulacji polisensorycznej. O części z tych terapii już pisałam, o tych nowych
postaram się napisać jeszcze kilka słów. Wspaniałe jest w nich przede wszystkim
to, że prowadzą je terapeuci, którzy znają Gabrysia z poprzednich turnusów. Na terapii ręki
nadal pracujemy na rozwojem motoryki małej i tu, nie chwaląc się, mogę napisać,
że od turnusu zimowego poprzeczka lekko poszybowała w górę. Ciocia Iwonka dużo
więcej wymaga, ale sprawność Biniowych rączek jest na zupełnie innym, wyższym
poziomie. Ich właściciel na każdych zajęciach oczekuje od cioci ciekawych zadań
i z radością przyjmuje każde polecenie.
Ciocia Iwonka - ta od terapii ręki - jak zawsze, bardzo dużo wymaga
a Gabryś dzielnie wykonuje polecenia nawet te z najwyższej półki
malowanie na ścianie, to podobno jedno z ulubionych zajęć maluchów
I co mamo, dałem radę?
Na
zajęciach logopedycznych u cioci Gabrysi nadal szkolimy dmuchanie i tu, uwaga
(Gabrysiowi należą fanfary) – Gabrysiowi zdarza się dmuchnąć bez zaciskania
noska. Oczywiście nie muszę pisać, jak dumna jest pani matka nawet z tych
pojedynczych dmuchnięć.
pamiętacie tą minkę, to chwila w której przygotowujemy się do dmuchania
huuura!!! wszystkie piórka zdmuchnęliśmy i to bez zaciskania nosa :)
Bardzo
lubię podglądać, jak Biniaszek radzi sobie w trakcie zajęć. Wiem, że czasem po
prostu przeszkadzam, jednak kiedy Biśkowe ciocie bardzo chwalą współpracę z
młodym, moja ciekawość wygrywa. Tak było też z zajęciami pedagogicznymi. Ciocia
Dorotka już po pierwszych zajęciach zdała mi obszerną relację z terapii –
bardzo chwaliła Gabrysia za współpracę, za zainteresowanie, za pracę wzrokiem,
o którą od zawsze walczymy, a przede wszystkim za motywację, która jest
ogromna. Oczywiście nie wytrzymałam i musiałam podejrzeć...
"czytanie książeczek" - z wielkim zainteresowaniem i wieloma zmysłami Binio pracuje z taką książeczką
patrzenie, patrzenie patrzenie - i choć wiem że daleko nam jeszcze do ideału to dla mnie to wielka radość, bo jakiś czas temu to było poza naszym zasięgiem
W
wolnych chwilach odpoczywamy, najczęściej leżakując na balkonie, opalając się i
podziwiając wspaniałe widoki. Czasem stajemy w łuskach i ortezkich, przechadzamy
się po balkonie, który ciągnie się wzdłuż całego budynku, czym wzbudzamy
zachwyt w mieszkających obok ciociach.
Wieczorami
spacerujemy, choć te nasze spacery możemy zaliczyć do wyczynowych. Ośrodek
"Panorama" mieści się na wzgórzu Jasiennik, które położone jest
prawie 800 m n.p.m. Pod tę górę nawet samochód wjeżdża z oporami, a co dopiero
matka pchająca dość spory wózek z "nadbagażem szczęścia" w środku.
Krynica to bardzo piękne miasto i bardzo miło się po niej spaceruje, jednak
powrót do ośrodka kojarzy mi się z mini maratonem z przeszkodami, który
całkowicie obnażył moją kondycję, a raczej jej brak... Bogu dzięki Gabryś
wspiera mnie zawsze w naszym wdrapywaniu się pod tę górkę, rechocząc radośnie
jak żaba, ale pomimo tego, że jest tylko wózkowym pasażerem, wraca do pokoju
tak zmęczony, jakby pokonał naszą trasę na własnych nogach.
po męczącym dniu i wyczynowym spacerku, Gabryś dosłownie pada z nóg
Po pierwszym tygodniu turnusu z dumą mogę
powiedzieć, że mój upór i walka o ten turnus były bardzo potrzebne, bo
słuchanie po każdych zajęciach "Gabryś pracuje super", "jestem zachwycona
współpracą z Gabrysiem", czy "w Biśkowym rozwoju nastąpiły ogromne
zmiany" to miód na moje uszy i serce.
Cieszę się tym bardziej, że Gabryś był bardzo
osłabiony po czerwcowym chorowaniu. Nie pisałam o tym, ale był taki moment, że
nawet nie chciał dotykać stopami podłoża, o staniu już nawet nie mówiąc, czym
we mnie samej wywołał niemały kryzys. Bałam się o to, czy mój syn będzie w
stanie się zmierzyć z wysiłkiem turnusowym. Okazało się, że zbyt wcześnie w
niego zwątpiłam! Dziękuję wszystkim, który przyczynili się do naszego wyjazdu na ten turnus, wpłacając środki na Biśkowe subkonto w Fundacji. Jestem pewna, że warto było. cdn
Wszyscy pewnie wiecie, że
wybieramy się na turnus. Już w niedzielę wyjazd. Pakujemy walizki i gromadzimy
wszelkie inne przydatne nam w trakcie turnusu rzeczy. Mamy jednak wielki damski
problem - otóż nie wiemy, cóż mamy na siebie włożyć idąc na bal, nawet nie mamy
pomysłu, za kogo się przebierzemy. Tak, bal przebierańców to tradycja każdego
turnusu. W tym roku w mailu informacyjnym otrzymaliśmy taką informację: "prosimy o zabranie ze sobą strojów
karnawałowych dla dzieci i rodziców na bal Pana Kleksa (tematyka strojów ściśle
związana z wierszami Brzechwy wykorzystanymi w „Panu Kleksie”, np. Kaczka
Dziwaczka, Leń, Dzik itp.)!!!". Wiem dodatkowo z przecieków, że
adekwatnie do swojego przebrania dziecko z rodzicem będzie musiało wykonać
piosenkę związaną z jego strojem... No to ciotki pojechały z tym pomysłem
całkowicie...
Mielno - lipiec, 2011 r. Leśny Skrzat
Bal na turnusie jest od
zawsze. To taka chwila wytchnienia dla dzieci, ale także dla rodziców. Ciocie
zawsze przygotowują jakieś przedstawienie, a potem są tańce i zabawa. Ciocie
też się przebierają - taki bal to naprawdę wspaniała zabawa. Ja bardzo lubię przebierać
Biniaszka i zawsze robię wszystko, by wyglądał fajnie, zresztą Binio uwielbia,
kiedy ktoś mu prawi komplementy, nawet jeśli dotyczą tylko jego wyglądu czy
stroju.
Łatwo nie będzie
szczególnie że mam na wymyślenie strojów tylko dwa dni - dziś i jutro. A może
ktoś będzie bardziej pomysłowy ode mnie? Dodam tylko, że nie uznaję gotowców .
Dziś w galerii nasze
przebierańce na przestrzeni ostatnich kilku lat .
"Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna,
Tylko rzeczy małe i liche są łatwe"
Kardynał Stefan Wyszyński
Czasem przychodzą takie dni, że nic innego jak
"wrrr" nie przechodzi przez gardło, a nadmiar złych wiadomości
doprowadza do bólu głowy. I ten ostatni tydzień, z całym jegodobrodziejstwem do takich
mogę zaliczyć.
”Wrrr” na pewno nie jest oznaką czegoś dobrego – „wrrr” oznacza moją złość,
żal, a nade wszystko bezsilność...
Tak, tak - pani matka ma kryzys. Ale cóż się dziwić?
Za oknem grzmi i błyska, a wiatr znów zrobił mi bałagan na tyle co wysprzątanym
balkonie. Pogoda od jakiegoś czasu nas nie rozpieszcza, wiosenne
"brrr" (tak określamy taką pogodę) rozłożyło Gabrysia na łopatki - od
ponad tygodnia choruje. Z chorobami jakoś zawsze sobie radzimy, ale kiedy nasze
dziecko wprowadza nowe trendy chorobowe, jestem lekko przerażona. Gabryś
przesypia całe dnie, nie je, nie pije - jak ma wyzdrowieć, skąd weźmie siły na
to, by znów stawać na nogi i na nich przemierzać nasze apartamenty? Ja powoli
tracę siły do podawania picia strzykawką czy dziesięciokrotnego wciskania
jednej łyżki zupy. Doszło do tego, że miksuję zupki, a jaśnie panicz robi
magiczne „ble”, po czym wszystko wypluwa, syfiąc cały świat dookoła siebie. Od
tygodnia siedzimy w domu, jedyne nasze wyjścia to te do przychodni, a
wieczorem, kiedy Robert może mnie zmienić w opiece nad młodym, pada...
Pokochałam czerwiec całym sercem... W tym całym chorobowym rozgardiaszu zapomniałam
całkowicie o zbliżającym się coraz większymi krokami turnusie rehabilitacyjnym.
Turnus ma się odbyć w Krynicy Górskiej, rozpocznie się w ostatni weekend
czerwca. Niestety póki co nie uzbieraliśmy pełnej kwoty, a do końca czerwca
powinniśmy wpłacić wszystko. Biśkowe konto w fundacji świeci pustkami i pomimo
setek wysłanych apeli, otrzymujemy same odpowiedzi odmowne. Ironią jednak jest
to, że w czasie, gdy w Gabrysiowym życiu pojawiła się motywacja i wielka chęć
do zdobywania nowych umiejętności, my nie jesteśmy w stanie zapewnić mu
wyjazdu. Wyjazd na letni turnus rehabilitacyjny w naszym grafiku terapeutycznym
jest od zawsze, nie jest to forma naszego kaprysu czy fanaberii - to czas,
który bardzo pozytywnie wpływa na rozwój naszego dziecka, dlatego tak bardzo
zabiegamy o to, by Gabryś miał szansę w takim turnusie uczestniczyć. Turnus to
bardzo ważna i potrzebna część stymulacji dziecka, a my już nie raz
przekonaliśmy się, że dzięki turnusom mamy szansę zintensyfikować wszystkie
działania rehabilitacyjne prowadzone w ciągu roku - to tak, jakby rehabilitacja
działała ze zdwojoną siłą. Na początku każdego roku robimy sobie z Gabrysiem
wycieczkę do WCPRu w celu złożenia wniosku o dofinansowanie do turnusu
rehabilitacyjnego, tak też zrobiliśmy w tym roku. Takie dofinansowanie do
wyjazdu na turnus przysługuje dziecku tylko raz w roku i pokrywa tylko
częściowo koszty wyjazdu (turnus kosztuje około 6000 zł, a dofinansowanie to
kwota z zasady nieprzekraczająca 1600 zł). To jedyna forma wsparcia finansowego
do rehabilitacji Gabrysia, o jakie zwracamy się do "państwa", wszystkie inne zajęcia, na które
Biniaszek uczęszcza w ciągu roku, pokrywamy ze środków zgromadzonych na
subkoncie Gabrysia, a kiedy one się kończą, koszty terapii pokrywamy sami. W
kwietniu Pan Gabriel Miłkowski otrzymał list. List który we mnie wzbudził żal,
złość i żal. Bo wtedy okazało się, że sami musimy zgromadzić całą kwotę
potrzebną, aby nasze dziecko mogło pojechać na turnus. Kiedy chciałam
dowiedzieć się, na jakiej zasadzie w tym roku dofinansowania były przyznawane
dowiedziałam się, że jestem bezczelna i nie umiem czytać... Dlatego też owo
nieszczęsne pismo w naszym rodzinnym slangu uzyskało tytuł "nie, bo
nie". Większą część kolejnego miesiąca spędziłam na
przygotowaniu apeli do firm, a przede wszystkim organizacji pożytku publicznego
- teraz już wiecie, skąd takie zaległości na blogu. Na nasze apele rzadko ktoś
odpowiada, czasem jakaś fundacja. Treść tych listów znam na pamięć, wszystkie
jakby spisane z jednego szablonu i choć każdy otwieram z lekką nutką nadziei,
treść jest wciąż taka sama: "Z przykrością informujemy, że nie jesteśmy w
stanie wesprzeć Państwa w gromadzeniu środków na turnus rehabilitacyjny...
Życzymy powodzenia..." bla, bla, bla. Kiedy czytam te listy zastanawiam
się, po co one są, te wszystkie organizacje pożytku publicznego. Na palcach u
rąk mogę zliczyć wszystkie fundacje, które wsparły rehabilitację Gabrysia w
ciągu 8 lat jego życia. Czasami czatuję z koleżanką (Polką), która na stałe
mieszka w Niemczech. Aga, która też jest mamą niepełnosprawnego dziecka, zawsze wytrzeszcza oczy
ze zdziwienia, kiedy opowiadam jej o zabiegach jakie wykonujemy, żeby zdobyć
środki na rehabilitację czy sprzęt ortopedyczny potrzebny dla Gabrysia.
Odpowiedź Agi – cytuję: "potrzebujemy wózek czy pionizator, podajemy
wymiary i jakie powinien mieć dodatki i po trzech tygodniach sprzęt przywożą
nam do domu, turnus, żebym tylko chciała z młodą jechać, pokrywają cały koszt,
zapewniają wsparcie i pomoc w opiece nad młodą". A my na nasz pionizator
czekaliśmy ponad pół roku, sami musieliśmy pokryć część jego kosztów, a wózek?
Gdyby nie Gosia i jej przyjaciele, Gabryś do dziś jeździłby starym, niewygodnym
wózkiem. O turnusach czy samej rehabilitacji lepiej nie wspominać, o każdą
złotówkę musimy zawalczyć, wręcz ja wyszarpać od urzędników, bo oni przecież
rozdzielają swoje prywatne pieniądze... Widzą tylko cyferki i przepisy, a nie
człowieka. Jesteśmy w pełni świadomi, że gdyby nie nasz upór i pomoc wielu
cudownych osób, Gabryś po prostu by leżał - zgodnie z poradami wielu
"znachorów”, jak określam lekarzy, którzy w pacjencie nie potrafią
dostrzec człowieka. Kiedy Gabryś był malutki, bardzo długo rozmawialiśmy o
tym, co dalej, jak i gdzie widzimy nasze dalsze życie? Długo zastanawialiśmy
się nad wyjazdem za granicę, mieliśmy taką możliwość, ale stwierdziliśmy, że tu
jest nasz kraj, tu jest nasz dom, tu się wychowywaliśmy i chcielibyśmy, by tu
wychowywały się nasze dzieci. Dziś coraz częściej stawiamy sobie pytanie... Czy
warto było?
(tekst pochodzi z piosenki "Bo mam Ciebie" - Sumptuastic)
"Król bardzo kochał swoją matkę – starą królową. Specjalnie dla niej król powołał święto – Dzień Czczenia Matek. I oto ten uroczysty dzień nastał. Na centralnym placu miasta wystawiono dzieła sztuki, opiewające miłość macierzyńską. Przez cały dzień poeci i muzycy starali się opisać w swoich utworach istotę macierzyństwa, ale król wciąż nie był zadowolony.
- Czy nikt nie potrafi w pełni przekazać czym jest macierzyństwo?
- Nikt, królu, - powiedział młody człowiek, który jako jedyny przyszedł na plac z pustymi rękami, - miłość matki jest tak ogromna, że ani pędzel malarza, ani pióro poety nie są zdolne nawet w połowie sięgnąć tak wysoko. Matka to ósmy i największy cud świata, albowiem siedem cudów stworzonych zostało przez ludzi, których urodziły i wychowały matki".
Niech każda Mama dowie się dziś, że jest Ósmym Cudem Świata. (zaczerpnięte z portalu fb "Po pierwsze ludzie")
Najserdeczniejsze życzenia dla wszystkich mam, dziś szczególnie przytulam swoja mamusię.
Na koniec o tym skąd się wzięły łzy ;) (zaczerpnięte z internetu)
MATKA
Dobry Bóg zdecydował, że stworzy… – MATKĘ
Męczył się z tym już od sześciu dni, kiedy pojawił się przed Nim anioł i zapytał:
- To na nią tracisz tak dużo czasu, tak?
Bóg rzekł:
- Owszem, ale czy przeczytałeś dokładnie to zarządzenie?
Posłuchaj, ona musi nadawać się do mycia prania,
lecz nie może być z plastiku… powinna składać się ze stu osiemdziesięciu części,
z których każda musi być wymienialna…
żywić się kawą i resztkami jedzenia z poprzedniego dnia…
umieć pocałować w taki sposób, by wyleczyć wszystko -
od bolącej skaleczonej nogi aż po złamane serce…
no i musi mieć do pracy sześć par rąk.
Anioł z niedowierzaniem potrząsnął głową:
- Sześć par?
- Tak! Ale cała trudność nie polega na rękach
- rzekł dobry Bóg.
Najbardziej skomplikowane są trzy pary oczu, które musi posiadać mama.
- Tak dużo?
Bóg przytaknął:
-Jedna para, by widzieć wszystko przez zamknięte drzwi,
zamiast pytać: „Dzieci, co tam wyprawiacie?”.
Druga para ma być umieszczona z tyłu głowy,
aby mogła widzieć to, czego nie powinna oglądać,
ale o czym koniecznie musi wiedzieć. I jeszcze jedna para,
żeby po kryjomu przesłać spojrzenie synowi,
który wpadł w tarapaty: „Rozumiem to i kocham cię”.
- Panie – rzekł anioł, kładąc Boga rękę na ramieniu – połóż się spać.
Jutro też jest dzień
- Nie mogę odparł Bóg a zresztą już prawie skończyłem.
Udało mi się osiągnąć to, że sama zdrowieje, jeśli jest chora,
że potrafi przygotować sobotnio-niedzielny obiad
na sześć osób z pół kilograma mielonego mięsa
oraz jest w stanie utrzymać pod prysznicem dziewięcioletniego chłopca.
Anioł powoli obszedł ze wszystkich stron model matki,
przyglądając mu się uważnie, a potem westchnął:
- Jest zbyt delikatna.
- Ale za to jaka odporna! – rzekł z zapałem Pan.
- Zupełnie nie masz pojęcia o tym,
co potrafi osiągnąć lub wytrzymać taka jedna mama.
- Czy umie myśleć?
- Nie tylko. Potrafi także zrobić najlepszy użytek z szarych komórek
oraz dochodzić do kompromisów.
Anioł pokiwał głową,
podszedł do modelu matki przesunął palcem po jego policzku.
- Tutaj coś przecieka – stwierdził.
- Nic tutaj nie przecieka – uciął krótko Pan. – To łza.
- A do czego to służy?
- Wyraża radość, smutek, rozczarowanie, ból, samotność i dumę.
- Jesteś genialny! – zawołał anioł.
- Prawdę mówiąc, to nie ja umieściłem tutaj tę łzę
- melancholijnie westchnął Bóg.
To nie Bóg stworzył łzy. Dlaczego zatem my mielibyśmy to czynić?
Jeśli
nie zdążyliście się jeszcze zapoznać z najnowszymi trendami w modzie na
najbliższy sezon, to chciałabym zaprezentować Wam buty (tzw. łuski
ortopedyczne) z najwyższej półki... Gabryś już został ich posiadaczem. Oto one
(zdjęcie poniżej).
Wiem,
wiem, wyglądają na lekko toporne, nie przypominają ani kozaków, ani sandałów,
sportowe też raczej nie są, sama bym w takich nie chodziła, ale wierzcie mi -
od kilku tygodni robią furrorę w naszym domu. Dlaczego hit sezonu? Bo wiążemy z
nimi ogromne nadzieje, a z drugiej strony - jeśli nie ze względu na wygląd, to
na pewno z powodu swojej ceny łuski ortopedyczne zasługują na miano tych z
najwyższej półki, niczym z paryskich butików.
Zagórze, lipiec 2012 r.
Historia
tych butów zaczęła się jeszcze w zeszłym roku, kiedy rehabilitantka Gabrysia -
pani Marta - zaczęła mnie naciskać o zaopatrzenie młodego w taki oto sprzęt...
Byłam świadoma, że Gabryś bardzo urósł i trudno zapanować nad całym jego
ciałem, szczególnie w trakcie ćwiczeń, ale żeby od razu kupować łuski... Nigdy
nie byłam zwolenniczką takich "rehabilitacyjnych zabawek" i wciskania
w nie stóp dziecka, w dodatku własnego dziecka. A łuski od zawsze kojarzyły mi
się z czymś bardzo niewygodnym, wręcz z krwawiącymi ranami, moje wyobrażenie o
nich było zdecydowanie "na nie". Pani Marta jednak nie odpuszczała,
musiałam więc wybrać się do Gabrysiowej pani neurolog, aby z nią porozmawiać o
naszych nowych planach. Pani doktor wystawiła nam stosowne zlecenie, dzięki
któremu koszt prawie całej jednej łuski pokrył NFZ. Po załatwieniu papierkowych
formalności w lipcu wybraliśmy się do Zagórza. To miejsce, w którym odbyliśmy
nasz pierwszy turnus rehabilitacyjny, a dodatkowo tam urzędowała nasza pani
neurolog i właśnie tam pracownicy firmy Vigo robili specjalne pomiary do
zrobienia nowych butów dla Gabrysia. Takie łuski są robione specjalnie pod
stopy konkretnego pacjenta, wszystko musi idealnie pasować, żeby łuski
przyniosły oczekiwany efekt, a przede wszystkim - żeby pomagały, a nie
szkodziły. W Zagórzu pracownicy Vigo założyli Gabrysiowi gipsy na obie nogi, co
jemu akurat wcale się nie podobało, i na podstawie tych odlewów zaczęto
przygotowywać nasze "łuskobuty". Trochę zajęło nam załatwienie
formalności papierkowych i finansowych, choć przy okazji muszę przyznać, że
jeśli w coś nie wierzę tak do końca, to załatwiam to wszystko w zwolnionym
tempie. Przed Wielkanocą robiliśmy ostatnią przymiarkę, wtedy spionizowaliśmy
Biśka w przygotowywanych dla niego butach, a pracownica Vigo dokładnie
wychwyciła wszystkie potrzebne do zrobienia poprawki. Dokładnie mi wszystko
opowiedziała, co jeszcze będą zmieniać i jaki efekt te zmiany mają dać.
Umówiłyśmy się na odbiór butów po świętach. Jadąc do Zagórza miałam mieszane
uczucia, i choć łuski wyglądały super, do tego świetnie pasowały do nóg
Gabrysia, to moje obawy wybiegały w daleką przyszłość. Postanowiliśmy jeszcze
postawić Gabrysia, pomogły nam w tym specjalne ortezy, w których dotychczas
pionizowaliśmy Gabrysia. Byłam w szoku - Bisiek tylko trochę pojęczał, ale
zrobił jeszcze coś, czym mnie bardzo zaskoczył. Pokazałam mu, gdzie jest
barierka i pomogłam mu ją złapać, a Gabryś, trzymając ją rączkami, próbował się
spiąć, co mu różnie wychodziło, ale nawet na moment nie zabrał z
niej rączek. To zasługa cioci Asi, która na zimowym turnusie rehabilitacyjnym
na zajęciach na basenie z ogromnym zapałem go tego uczyła. Myślałam, że Gabryś
już o tym zapomniał, a tu taka niespodzianka.
pierwsza domowa przymiarka
Do
domu wracałam szczęśliwa. Wiedziałam, że teraz wiele zależy od nas i od
Biśkowych chęci do pracy w nowym sprzęcie. Już wieczorem postanowiłam
zaprezentować tatusiowi nowe Biśkowe buty. Jak na pierwszy raz w domu wyszło
wspaniale, a co najważniejsze - bardzo, bardzo podobało się Gabrysiowi. I
zaczęło się - codzienne stanie oraz próby pokonywania naszych domowych
pomieszczeń na Biśkowych nogach. Codziennie pomagam naszemu dzielnemu dziecku przestawiać nogi (a to nie jest łatwe) i tłumaczę mu, jak
działa schemat chodu. Gabryś najbardziej polubił wizyty w łazience, lubi tam
słuchać i dotykać pralki w trakcie prania, ale hitem jest chodzenie do kranu,
odkręcanie wody i chlapanie się - wtedy to już piszczy ze szczęścia. Kto by
pomyślał, że takie niby zwykłe buty wniosą takie zmiany w nasze życie. A tych
jest naprawdę dużo, bo w miarę możliwości pokazujemy Gabrysiowi świat, świat
widziany z naszej perspektywy, na nogach. Nie
zachłysnęliśmy się jednak szczęściem spowodowanym postępami Gabrysia w kwestii
stania, jesteśmy świadomi, że te wszystkie zmiany to zasługa łusek i ortez
które, pomagają naszemu synkowi utrzymać się w pozycji stojącej. Ale w tym
wszystkim najpiękniejsze jest to, że Gabrysiowi sprawia to radość i że on sam
chce! Chce stać, chce z naszą pomocą przestawiać nogi i poznawać świat widziany
z naszej perspektywy, a nie tylko z siedziska wózka.
majówka, my już wyglądamy dnia w którym mama o niej napisze :)))
To
zdjęcie to zapowiedź jednego z przyszłych postów - będzie o majówce, o pięknym
mieście, w którym ją spędziliśmy i o radości, którą pewien mały człowiek swoim
uśmiechem w nas wzbudza. Dodam, że tu też stoimy, tylko nasze nogi nie
zmieściły się w kadrze, ale jak widać po zdjęciu, stanie na zewnątrz jest
jeszcze bardziej atrakcyjne.