Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciężkie chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciężkie chwile. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 listopada 2019

Krakowskie podboje

na chwilę po urlopie...
Ledwo wróciliśmy z letniego turnusu elfowego znów trzeba było ruszyć w drogę, tym razem do Krakowa. Bez taty 💪💪💪 to świadczy o tym, że matka z Gabim są coraz dzielniejsi 😁 bez kota - ufff, po wyjeździe do Krynicy zrozumieliśmy czym jest cisza w podróży 😂 zabraliśmy za to babcię, wszak bez babci dalibyśmy radę, może nie z prędkością pierdolino, ale wcześniej czy później dotarlibyśmy na miejsce... Tylko jakby coś pierd... przepraszam zepsuło się, to jednak dwie baby to nie jedna 😉😁
Nie była to zwykła wycieczka, pomimo 36 stopni w cieniu odwiedziliśmy Wawel i smoka i coś tam jeszcze 🤔 ale tego dnia dla nas najważniejsze było spotkanie z doktorem Repetunovem. 
spójrzcie na prawą stopę Gabrysia - tak właśnie wygląda spastyka...
Dr Repetunov to chirurg ortopeda, który od kilku lat w Polsce i nie tylko, przeprowadza zabiegi fibrotomii i właśnie konsultacja w sprawie tego zabiegu była celem naszej wyprawy. Fibrotomia (metoda Ulzibata) to mało inwazyjna metoda uwalniania przykurczów poprzez wykonanie maleńkich nacięć w wybranych punktach na ciele. Po zabiegu obserwuje się poprawę funkcji motorycznych, zwiększenie zakresu ruchów oraz wypracowanie nowych umiejętności ruchowych. Daje to samodzielność i polepsza, jakość życia, a także daje szansę na normalne funkcjonowanie! Charakteryzuje ją wysoka skuteczność i stosunkowo niewielka traumatyczność. Po tym zabiegu wiele osób borykających się ze spastyką zaczyna zupełnie nowe życie - mięśniowo zdecydowanie luźniejsze. 
Skąd u nas pomysł na taki zabieg w końcu nasz syn od zawsze był wiotki. A no właśnie BYŁ... po zeszłorocznych wydarzeniach dopadła nas spastyka. Generalnie ciężkie do ogarnięcia zjawisko, ale internety mówią, że to zaburzenie pracy mięśni, polegające na ich wzmożonym napięciu, ich ograniczona ruchomość i silny ból zdecydowanie utrudniają codzienne funkcjonowanie. I tak jak w regułce tak w naszym życiu mamy bardzo wzmożone napięcie mięśniowe w nogach i w lewej ręce, powoli możemy mówić o przykurczach.... a na pewno już o ogromnym bólu od pasa aż po same stopy... każdy dotyk, zmiana pozycji, a nawet zwykłe przytulenie wiąże się z ogromnym bólem, lekarze to bólowe zjawisko nazywają przeczulicą. Jedynym lekarstwem na to jest rehabilitacja i uwierzcie działa cuda, choć byli tacy którzy sugerowali by na ten ból podać leki i nic nie robić...😢😢😢 a my właśnie dzięki rehabilitacji dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż jeszcze pół roku temu, ale wciąż szukamy z Gabrysiową ciocią Anią pomysłu na to by ułatwić młodemu codzienne funkcjonowanie, stąd pomysł na spotkanie z doktorem. 
To była bardzo długa wizyta, Gabi oczywiście bardzo głośno zaprezentował doktorowi z czym do niego przyjechaliśmy... i chyba właśnie dlatego doktor postanowił się podjąć zabiegu u Gabrysia! To dla nas bardzo dużo znaczy, choć od razu doktor powiedział nam, że skupiłby się przede wszystkim na wyeliminowaniu bólu 😱 na ile to tylko możliwe. Przyznam szczerze, że właśnie o to nam chodziło, nie liczymy już na cuda, dobra codzienność Gabrysia to dla nas najlepszy efekt każdego leczenia, a jeśli stopy by zluzowały, gdyby udało się nam zrobić ortezy, założyć buty to byłoby szczęście do potęgi entej!
Czas przeleciał w szaleńczym tempie i nasz termin za kilkanaście dni... dopada nas coraz większy strach, fakt to naprawdę mało inwazyjny zabieg, ale my po zatrzymaniu obiecaliśmy sobie, że to już koniec - żadnych narkozowych razy więcej... 
Nie wiemy też jaki efekt przyniesie fibrotomia, w przypadku naszego dziecka jesteśmy świadomi, że aktualny stan Gabrysia to nie tylko skutek zatrzymania ale po części również operacji, szczególnie tej drugiej. Wiemy że śruby mogą również prowokować ten ból, może nie cały ale na pewno jakąś część, szczególnie, że w miednicy Gabi ma aż 4 śruby 😱. Pozostaje nam zaufać doktorowi, ale to skomplikowane, bo chyba zbyt dużo spadło na to nasze dziecko w ostatnim czasie...
Zabieg fibrotomii kosztuje 11.800 zł i jak wszystko co dobre, nie jest refundowany przez NFZ 😁 A my bijąc się z myślami jaką decyzję podjąć całkowicie zapomnieliśmy o tym że tą grubą kasę musimy zebrać...

Wysłaliśmy już zapytanie do jednej z popularniejszej zbiórkowni być może na dniach uda uruchomić  zbiórkę  a jeśli nie to na szybko otworzymy ją sami nawet na którym ze zbiórkowych portali. Wierzę, że to kwestia tego weekendu.
------------------------------------------------------------------
www.dzieciom.pl/3829

wtorek, 28 maja 2019

o ciszy...

Ostatnio rzadko się odzywamy, choć życie nam szybko pędzi a my staramy się do niego wrócić coraz intensywniej. 
Powodem naszej absencji, a raczej zablokowania większości informacji o Gabrysiu, była sprawa, którą przeciwko nam do Sądu Rodzinnego w Warszawie złożyło Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, a raczej nie dla dzieci na pewno nie dla naszego dziecka... 
Nie chcieliśmy zostać posądzeni o próbę wpłynięcia na decyzję sądu, dlatego postanowiliśmy wyciszyć wszelką internetową działalność, mówiącą o Gabrysiu. Wiedzieliśmy, że kiedyś to wszystko się skończy i właśnie dziś przyszedł ten dzień. 
To był bardzo trudny czas, sami ledwo odnajdywaliśmy się tej sytuacji... wszak operacja miała przynieść same dobre zmiany w życiu Gabrysia, nikt z nas nie przypuszczał że miesiąc po powrocie z Olsztyna będziemy reanimować własne dziecko, a potem to wygrane życie będziemy bronić przed ludźmi, których sami poprosimy o pomoc... Ci ludzie w miesiąc zrobili piekło z naszego życia, nie było żadnych "świętości" tylko ich spojrzenie na chorobę Gabrysia i ich cholerny światopogląd... I DNR...
Ktoś mi wtedy powiedział "słuchaj głosu serca, wszak miłość to wasza największa moc" i to miłość pomogła nam to przetrwać i wiara w nasze dziecko. Naszym największym "grzechem" według whd było to, że chcieliśmy walczyć o Gabrysia... żeby żył! by wrócić do dawnej sprzed operacyjno- zatrzymaniowej codzienności. 
Dziękujemy wszystkim, którzy trwali przy nas szczególnie w tamtym trudnym czasie, za wszelkie wskazówki, te odnośnie diety, która okazała się igłą w oku hospicyjnym (wiemy że dzięki nim Gabryś jest dziś nami), za wszystkie słowa wsparcia, wielogodzinne rozmowy i wycieranie łez przez słuchawkę .

Dziś po wiadomości od Pani kurator, czujemy że wygraliśmy! Ale wygraliśmy to przede wszystkim dlatego, że dziś Gabryś jest w naprawdę fajnej formie, że zatrzymanie to już tylko koszmarne wspomnienie, a Sąd zamykając sprawę przywrócił spokój naszej rodzinie!
Ps. Proszę o nie ocenianie Hospicjów i nie wrzucanie ich do jednego worka, od maja Gabryś jest pod opieką otwockiego Promyczka  nasza dzisiejsza dobra codzienność to przede wszystkim ich zasługa! Promyczku dziękujemy💛
Ps1. Opiszę ten cały hospicyjny miesiąc, dopiero jak odbiorę dokumenty z sądu! 
Ps2. Dziś świętujemy 💙💚 tatusiu jakieś piccollosrolo by się przydało no i największe lody jakie znajdziesz 😍

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Życie po życiu...

Już 3 tygodnie pomieszkujemy w domu, próbujemy poskładać jakoś nasze życie w całość, ustawić plan działania na przyszłość i przede wszystkim ustalić priorytety. Nie jest łatwo, bo gdzieś z tyłu głowy wciąż mieszkają wydarzenia z początku miesiąca... 
Ze szpitala przeszliśmy pod opiekę hospicjum, to nie tak, że z Gabrysiem jest aż tak źle, że od razu opieka paliatywna, zależało nam by Gabryś miał jak najlepszą opiekę po powrocie do domu, szczególnie, że po oiomie nie wędrowaliśmy po innych oddziałach. Przerażeni nocnym wyskokiem naszego syna trochę zwątpiliśmy w nasze możliwości, wpuszczając kogoś do naszego domu chcieliśmy poczuć się bezpiecznie i to bezpieczeństwo zapewnić Gabrysiowi, ale też liczyliśmy na pomoc, wierzyliśmy, że ktoś weźmie nas za rękę i przeprowadzi przez ten najtrudniejszy czas. A czas zawsze weryfikuje nasze działania, cóż nasze rodzinno - hospicyjne relacje są skomplikowane 😂😂😂 bądź nazywając rzeczy po imieniu mamy zdecydowanie inne priorytety w leczeniu Gabrysia... my chcemy Gabrysia ciągnąć w górę, przypominać wszystko co potrafił a nawet tego go uczyć, a hospicjum no cóż, najlepiej położyć, nafaszerować lekami i niech się regeneruje - tylko niby jak... skoro usypiamy jego organizm, a co za tym idzie on przestaje pracować, i jeszcze dieta, lekko przymusowa, wprost wielkanocna... bo cały czas jaja, ale to jeszcze byśmy zaakceptowali jednak Gabrysia żołądek ma zupełnie inne zdanie... totalnie nie radzi sobie z nowym jadłospisem i stoi... nawet nie chcę sobie wyobrażać jaki to musi być ból kiedy przewód pokarmowy nie działa i wszystko zalega...
I żeby nie było, że jestem nie wdzięczna hospicjum też nam bardzo pomaga, mamy zapewnioną opiekę medyczną, dwa razy w tygodniu do Gabrysia przychodzi pielęgniarka (pani Magda jest troskliwa, oddana, wspaniale zajmuje się naszym Gabrysiem), oraz rehabilitantka (pani Małgosia Gabryś zaakceptował ją przy pierwszej wizycie co zdarza się naprawdę rzadko), dodatkowo Gabryś jest pod stałą opieką lekarzy, poza tym otrzymaliśmy do użytku domowego wszystkie potrzebne sprzęty, ssak, koncentrator tlenu, jonizator powietrza czy asystor kaszlu, ciężko byłoby to wszystko zorganizować na powrót Juniora do domu, teraz nadrabiamy zaległości oczywiście w miarę możliwości, bo np. asystor kaszlu kosztuje tylko 18 tys. zł... więc pomimo całej jego cudowności, nasz nie będzie 😁
Gabryś ze szpitala wrócił z sondą do żołądkową, przez którą jest karmiony, jego przełyk jest bardzo wiotki, co według nas jest skutkiem niedotlenienia do jakiego najprawdopodobniej doszło w czasie zatrzymania. Żyjemy nadzieją, że odpracujemy to, co uciekło, a Gabryś jeszcze buzią będzie pochłaniał tony lodów, i właśnie o to walczymy od powrotu ze szpitala, choć bez przerwy słyszę... nie, buzią proszę mu nic nie dawać, bo jeszcze się zachłyśnie... nie buzią to on już nie będzie jadł... A ja... no cóż ślepo wierząca w możliwości naszego "Kulawego szczęścia" od pierwszego dnia w domu podaję wszystkie kropelkowe witaminki, potem dorzuciłam vibovitek, potem trochę picia ze strzykawki, tranik, aż dziś jednorazowo Gabryś zjadł 120ml posiłku 💪💪💪 - nazwijmy go zupką - jest nadzieja!!! - stan na piątek 😉.
Co do sondy, to choć całe życie się przed tym broniliśmy, zdecydowaliśmy się zamienić ją na pega (to rurka, którą można podać posiłek do żołądka przez powłoki brzuszne), wierzymy, że Gabi będzie jadł samodzielnie ale póki, co jego przełyk nie ogarnie całodziennej racji żywnościowej dla 13-latka, a uwierzcie samo zakładanie sondy (to też już ogarnęłam😱, ale ręce zawsze wchodzą mi na pierwszy poziom delirki, gdy mam to powtórzyć) jest cholernie nieprzyjemne, funkcjonowanie z nią na co dzień też mega wyzwanie, dlatego podjeliśmy taką decyzję. Aktualnie jesteśmy w trakcie ustaleń z CZD terminu i sposobu w jaki ów cudo doktorzy Gabrysiowi zainstalują. Było by wspaniale gdyby udało sie to zrobić endoskopowo, ale w przypadku Gabrysia to może być trudne.
Pamiętam nasze pierwsze oiomowe dni, kiedy jeszcze nie działo się nic, kiedy powrót Gabrysia miał być cudem, pamiętam pierwsze pozarespiratorowe oddechy, te wytrzeszczone oczy koło południa, gdy każdego dnia stawaliśmy przy jego łóżku, jego buzia tak cudnie promieniała, pamiętam strach przed rurką tracheo, na którą próbowaliśmy się psychicznie ale i fizycznie przygotować od pierwszych szpitalnych momentów, a on dzień po dniu odsuwał to "wyzwanie"... Tak, do domu wrócił bez rurki, taki słabiutki, znów pokazał, że niemożliwe staje się możliwe, dzielnie walczący... Ciężki był ten ostatni czas, los znów przewrócił nam życie do góry nogami i finał, jakże szczęśliwy pomimo wszystkich problemów które przyniósł... "Dobrze, że jesteś" powtarzamy codziennie naszemu dziecku i nie mamy wyjścia musimy chociaż spróbować dorównać mu kroku i tak jak on po prostu się nie poddawać! 
W piątek zaliczyliśmy pierwszy pooitowy spacer, na środę zaprosiliśmy nasze nauczycielki, a jutro przychodzi rehabilitacyjny wujek - cóż mogę dodać - wracamy do życia i wierzymy, że wszystko przed nami i właśnie o to "wszystko" będziemy walczyć.

Edit: Przez te ostatnie dni Gabi doskonalił jedzenie buzią, my przecieraliśmy oczy ze zdumienia, ukradkiem zbierając łzy, dziś nawet pozwoliliśmy Dzielniakowi na spędzenie większej części dnia bez sondy - pani matka już ze stanem przedzawałowym, przed snem trzebą ją znów zainstalować... 

poniedziałek, 5 marca 2018

Oitowe życie

Generalnie to nie wiem od czego zacząć... chyba powinnam od czwartku, bo wtedy wszystko się zaczęło...
w nocy Gabryś się zatrzymał 😢😢😢 oddechowo i krążeniowo, pogotowie, reanimacja trwająca wieczność i cud - bo po tym wszystkim Gabi nadal jest z nami. Oit, respirator, ta cała piszcząca aparatura... to ostatnio nasza codzienność i poranny telefon i ponuro brzmiące "żadnych zmian"... własna bezsilność przerastająca strach, albo na odwrót... do wczoraj, wczoraj pielęgniarka opiekująca się Gabrysiem zrobiła nam prezent i pokazała nam że przy czynnościach pielęgnacyjnych odłącza respirator a Gabi oddycha sam, słabo, bardzo się męczy ❤najlepszy prezent na urodziny od naszego dziecka 💚
Taka nadzieja ❤ w taki dzień ❤
Dziś nasz syn przywitał nas bez respiratora, był zaintubowany ale od 9 rano oddychał sam ❤ z tlenem!!! przez 12 godzin.
Niedawno dzwoniłam na OIT i pani ordynator powiedziała że wyjęła rurkę i jest zadowolona z tego jak Junior sobie radzi - pierwszy raz od piątkowej nocy 💙ech jest nadzieja!
To nie tak że Gabryś został wyleczony, on powolutku wraca do nas ale przed nim jeszcze długa droga, teraz walczymy o to by pozostał na własnym oddechu, by kaszlał i zaczął sam jeść jeśli to wszystko się uda opuści OIT bez rurki tracheo...
Pamiętajcie o nas, nadal potrzebujemy wsparcia, modlitwy😇😇😇 i kciuków✊✊✊, oby z każdym dniem było tylko lepiej ❤
ps. odpowiadamy od razu na trudne pytanie - dlaczego? nie wiemy przypuszczamy że wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy zbyt mocno obciążyły organizm Gabrysia

piątek, 2 marca 2018

...

Ciężka noc za nami... dzień wcale nie lepszy...Gabryś jest na Oiomie 😢😢😢 dziecięcego szpitala przy Niekłańskiej... w nocy zatrzymał się oddechowo, nie wiemy co dalej...
pomódlcie się za nas 😇😇😇 za naszego Dzielniaka przede wszystkim!

sobota, 3 lutego 2018

Szpitalne życie

No i rozpoczęliśmy nasz 4 olsztyński tydzień... w środę zabrali nam wszystkie rurki i kabelki 😀 zostawili tylko dren, ale patrząc na zawartość redonu żyliśmy nadzieją, że w najbliższym czasie pozbędziemy się dziada 😀 zabrali w czwartek późnym wieczorem. Wszystko powolutku wraca do normy, nerki działają, jelita też coraz lepiej, Gabryś coraz lepiej je chociaż wciąż jeszcze dożywiamy megalitrami kroplówek - oby żyły to przetrwały bo z nimi coraz bardziej krucho...  Kłaniamy się nisko wszystkim krwiodawcom 💗💗💗 - tylko w tym tygodniu Gabryś dostał dwa woreczki płynu życia, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zliczyć ile było już tych jednostek😍😍😍😘😘😘
Pani matka od środy znów pomieszkuje na jednej sali z synkiem ❤❤❤ więc dobrze jest 😍 trudne to były chwile, kiedy trzeba było zostawić Gabrysia i wracać do hotelu... 
Któregoś wieczoru, dobrze po północy powiedziałam mu do ucha "muszę już iść, wrócę o 6 rano", wszystkie parametry zaczęły się zmieniać, tętno i oddech przyspieszyły, a saturacja zaczęła spadać, do tego stopnia, że maszyny zawyły... nie, nic sie nie zepsuło, nasz syn w ten sposób chciał powiedzieć "mamo, nie idź"❤ 
Mówić bez słów 😍 kocham!

wtorek, 30 stycznia 2018

Operacja nr 2

Długi był ten wczorajszy dzień 😱😱😱 choć wszystko było jak przed pierwszą operacją, no prawie wszystko 😕
Pobudka ciut świt, przemycenie maleńkiego jogurciku z odrobiną herbatki, kąpiel w dziwnym płynie i piżama pożyczona od Żwirka bądź Muchomorka, potem to już długie nerwowe oczekiwanie... na czczo... solidarnie wszyscy pościli przedoperacyjnie 😱😱😱
Na blok Gabryś ruszył chwilę po 16... wyczuł nasze przerażenie dlatego by przegnać nerwy starych pożegnał nas cudnym uśmiechem 😀😀😀 
I długo nie wracał... 
Doktorzy wyszli przed 20 i pożegnali nas twierdząc, że "wszystko poszło zgodnie z planem" .
A my dalej w tym stresie pod blokiem 😕😕😕 nie ma nic gorszego jak to oczekiwanie i ten czas który tam jakby stał w miejscu... strach, przerażenie, bezsilność...
Gabryś wrócił na chwilę przed północą, ech znów pani matka musiała zostawić go samego na noc 😥😥😥 Bogu dzięki dyżur miała niesamowita ciocia Kasia ❤❤❤ 
Rano trochę bólowo, trochę gorączkowo ale nasz doktor jest dobrej myśli, podobno to efekt uboczny drugiej operacji w tak krótkim czasie...  Trzymajcie za nas kciuki i odmówcie czasem "zdrowaśkę" oby to już naprawdę była ostatnia prosta!

wtorek, 23 stycznia 2018

Po prostu pech

Generalnie dziś miał być wpis na wesoło, bo Gabryś ma się coraz lepiej, stoi coraz piękniej a nawet łapie pion bez asekuracji... my byliśmy już prawie gotowi do powrotu do domu, no właśnie do domu...
Zostajemy w szpitalu... musimy powtórzyć operację okazało się, że jedna śrubka za mocno wystaje, w dodatku w bliskiej okolicy aorty dlatego w poniedziałek (za tydzień) poprawka 😥😥😥 kochani to niczyja wina, po prostu jakiś cholerny pech, taka sytuacja zdarza się sporadycznie, na 90 operacji wykonanych rocznie przez szpital 1 do 3 razy, najczęściej u osób tak chudych jak Gabryś... tego nie widać w trakcie operacji, doktor wypatrzył to na przeswietleniu i dziś zlecił nam tk które potwierdziło jego obawy...
Jeśli znów możemy Was prosić o kciuki, pozytywne myśli i ogromną ilość "zdrowasiek" byśmy jakoś przetrwali ten czas do poniedziałku i poniedziałek przede wszystkim!!!

czwartek, 18 stycznia 2018

te ostatnie dni

Moi drodzy Pan Dzielniak ❤❤❤ rozpoczął właśnie czwartą dobę od operacji. Ciężkie były te ostatnie dni, bardzo bólowe... chyba nasze rodzicielskie głowy nie przypuszczały ze będzie aż tak trudno... od powrotu z pooperacyjnej Gabryś jest na własnym oddechu ❤  lekarze bardzo obawiali się czy ściśnięte przez skrócony bok płuco zapracuje, ale udało się - razem z ciocią Gabi z Elfika przez ostatni rok trenowaliśmy ćwiczenia oddechowe - warto było 😍
dokuczał nam też brzuch, jak wiecie działanie jelit to dla nas sprawa najwyższej wagi, dziś już pięknie pracują ❤ choć wczoraj mieliśmy mega kryzys...
Troszkę dokuczała nam padaczka, ale ta małpa wszędzie za nami jeździ...
Dziś odłączyli nam wszystkie kabelki 😱😱😱 które monitorowany tętno, saturację i oddech Gabrysia, zabrali cewnik i wyciągnęli dreny ❤ a to znaczy, że pani matka dziś nocuje z synkiem ❤❤❤ 
Największy strach i radość tych ostatnich dni to trzymanie Gabrysia na rękach, strach bo każdy dotyk sprawia młodemu ogromny ból, i obawa czy mu nic nie uszkodzimy... a radość... zawsze ta sama 😍
Efekt piorunujacy... prawdopodobnie udało się zmniejszyć stopień skrzywienia o 70 stopni choć dokładnie będzie wiadomo po prześwietleniu, najważniejsze ze jest PROSTO!!! Szczerze nie spodziewaliśmy się az tak cudownego efektu ❤❤❤ nasi doktorzy to mistrzowie 😍 no i nasz syn to mega Dzielniak!!!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Wieści z Olsztyna

Wielki mały Człowiek dziś punktualnie o 8.30 zameldował się na bloku operacyjnym😱😱😱 operacja dla nas trwała prawie cały dzień bo od 9 do 16 - szło osiwieć... potem jeszcze dobre dwie godziny na POPie i wrócił do nas ❤❤❤ dość obolały, trochę jęczący, bardzo zmęczony i taki dzielny!!!! I jakby prosty - boimy zaglądać się pod koc...😨😨😨
Wielkie gratulacje i podziękowania dla naszych doktorów. Dr Paweł Grabala i dr Paweł Nosarzewski to cudotwórcy ❤❤❤ zapamiętajcie te nazwiska bo warto - są najlepsi!!!!
Dziękujemy Wam wszystkim 😍😍😍 za modlitwy, wsparcie, wiadomości i wszystkie zaciśnięte paluchy- czuliśmy Waszą moc ❤❤❤
Przed Gabrysiem trudna noc, ale widzimy że z minuty na minutę coraz lepiej! I oby z dnia na dzień czuł się coraz lepiej ❤ dla nas to też trudna noc, bo musimy zostawić Gabrysia na oddziale pod opieką medyków, ale Ci są wspaniali.
Ps. Zdjęcie z wczoraj, te wszystkie kabelki, maski, wkłucia są dla nas zbyt intymne by wrzucać je do sieci, obiecujemy zaktualizować fotkę jak Junior poczuje się lepiej 😘

sobota, 14 października 2017

płaczliwy wrzesień

Dawno nas nie było...
nie żeby u nas nic się nie działo, obowiązków i zajęć przybywa, a płaczliwy wrzesień dorzucił do tego wszystkiego ogrom problemów...
i kryzys murowany...
W wakacje włóczyliśmy się, nie żeby jakieś lelum polelum tylko bardzo ważne podróże, najczęściej o podłożu rehabilitacyjno-lekarskim, ale też z małym tetate krajoznawczym.
Wrzesień nas zawiódł... Przyszedł z tym całym deszczowym "dobrodziejstwem", nakarmił tym naszą padaczkę (dla nie wiedzących Gabryś jest meteopatą i jego padaczka też, jest bardzo pogodo zależna), a ta franca rozszalała się do granic możliwości. Tak, wróciła po kilku dobrych i spokojnych miesiącach i dopadła nam dziecko pięciokrotną mocą. Ech, to nie był dobry czas, my też już coraz gorzej reagujemy na te padaczkowe powroty, zupełnie jakby któryś z tych napadów dopadł nas. Chyba z czasem coraz trudniej nam na to wszystko patrzeć, słabniemy razem z naszym dzieckiem, tracimy energię i moc... 
Napady coraz bardziej wyniszczają też i tak krzywą już oś, a co najgorsze postępująca skolioza sprawia Biniowi coraz większy ból i ogromne problemy w zwykłym codziennym w funkcjonowaniu. 
Generalnie można byłoby napisać, że to tylko tyle, choć dla mnie to aż tyle i z całą stanowczością mogę stwierdzić, że wrzesień był do dupy...
Bo pierwszy raz od wielu miesięcy złapaliśmy po-rehabilitacyjny gil, taki odprzeciągowy, kiedy do operacji zostały dosłownie dwa miesiące, a każda infekcja osłabia układ oddechowy, który do grudnia musi mieć mega moc... Generalnie w tym roku nie mamy prawa chorować i o to walczymy, a tu ten sam numer co zwykle,ten sam ośrodek, ta sama sala a potem mega osłabienie. O stracie kilogramów przy chorobie, o które tak zaciekle walczymy nawet nie chce mi się pisać... 
Bo złożyłam wnioski (a to nie tylko druk z wypełnieniem, którego mam od zawsze problem, to też stos dokumentów i zaświadczeń, które trzeba zgromadzić) o dofinansowanie do bardzo ważnych programów do pracy ze wzrokiem Gabrysia okazało się, że zrobiłam to o dzień za późno, choć taką właśnie dostałam informację w WCPRze. A skoro już jesteśmy przy WCPRze to pewien pan prezesik sprzedał wózek, który zamówiliśmy pod koniec zeszłego roku i czekaliśmy na niego kilka miesięcy, tylko dlatego że czekaliśmy na decyzję o dofinansowaniu, oczywiście nie informując nas o tym...
Bo szkoła ustawiając plan lekcji raczej zapomniała o Gabrysiu... większość zajęć rewalidacyjnych ustawionych jest z rana, kiedy Gabi jeszcze śpi, albo już śpi po porannym napadzie... Ja rozumiem, że w szkołach nastąpiło wielkie zamieszanie związane z wprowadzeniem reformy edukacji, ale Gabryś jest takim samym uczniem  jak wszystkie inne dzieci, powinien mieć możliwość skorzystania ze wszystkich przyznanych mu zajęć, czyli 10 godzin w tygodniu, jeśli skorzysta z pięciu będzie dobrze... 
Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać, bo wrzesień nie miał w tym roku dla nas litości, jakaś czarna seria albo coś 😕.
Rusinowa pełnia szczęścia
marzenie pani matki
wysiłek pana ojca
radość dziecka
warto było
.
Wierząc, że październik będzie lepszy, postanowiliśmy mu pomóc i wyjechać by zaczął się w jakimś wyjątkowym miejscu. Jednym słowem uciekliśmy - ja uwielbiam uciekać gdy już brakuje mi tchu. Maleńki urlop, sześć dni, dwa w podróży, cztery w trasie,  reset w najcudniejszych okolicznosciach przyrody, wyjątkowa odskocznia, ekstra wysiłek i kilka spełnionych marzeń. 

Tak, góry 🏔🏞 od zawsze nas leczą!❤

Została tylko nadzieja, że może nasza padaczka zauroczyła się górami i tam została... 

wtorek, 31 maja 2016

CZD dzień 15

Dziś zaczynamy nasz trzeci tydzień w CZD, to już dwa tygodnie od operacji.  
W CZD od tygodnia trwa strajk pielęgniarek, pomimo tego dane nam było zostać na oddziale chirurgii i pod czujnym okiem specjalistów wracać do sprawności po operacji. Początkowo na oddziale było 6 pacjentów, dziś jest dziesiątka, więc pomimo strajku zdarzają się przyjęcia. Całą opiekę nad pacjentami przejęli lekarze, to oni pielęgnują, rozdzielają i rozdają leki, podłączają kroplówki i pompy, robią wlewy a przede wszystkim leczą i operują. Tak jest na chirurgii, nie wiem jak jest na innych oddziałach, ilu zostało pacjentów i jak przebiega ich leczenie. Pielęgniarki są, zdecydowanie więcej niż jedna, a gdy zachodzi taka potrzeba , bo wiadomo, że będzie np. jakieś przyjęcie przychodzą i pomagają wszystko zorganizować. Pomagają też nam, małym pacjentom i ich rodzicom, a także lekarzom, wiem, że trochę inaczej mówią o tym w mediach...
Obserwujemy ten protest od tzw. kuchni i z całego serca kibicujemy pielęgniarkom. 
A my :)
Od dziś u nas wielka radość, bo pozabierali nam wszystkie rurki, no prawie wszystkie, została nam jeszcze tak zwana kaniula czyli wkłucie centralne. Jeśli wszystko ułoży się po naszej myśli jutro też zostanie zdeinstalowana.
Aktualnie pracujemy nad "rozkarmianiem", a jak na szpital dostajemy tu same pyszności. Panie od żywienia robią wszystko by Gabi miał duży i zdrowy wybór do jedzenia. 
Kolejna nasza zmora to "rozkupczanie" (te słowa w cudzysłowie to iście skradnięte ze słowników lekarskich) i choć pierwsze koty poszły za płoty to chyba odetchniemy z ulgą jeśli qupa u naszego dziecka stanie się codziennością.
Pozostaje nam wierzyć, że wychodzimy na prostą, ale tak szczerze ucieszymy się dopiero jak wszyscy wrócimy do domu.

poniedziałek, 23 maja 2016

4 dzień pooperacyjny


Dziś minęła czwarta doba od operacji. Gabi powolutku wraca do formy choć, ból nadal jest ogromny. Nie daje rady kaszleć, kichać, wzdychać a nawet się śmiać... Wciąż musi leżeć plackiem w łóżku i czekać aż doktory zabiorą wszystkie rurki, dreny, wenflony itp. Te najbardziej dokuczliwe sam zdeinstalował, takim cudem sonda nie przetrwała nawet 2 dni po operacji, ale lekarze śmiali się tylko, że czyta w ich planach.
Emotikon wink
Teraz czekamy aż naprawiony przewód pokarmowy podejmie prace, Gabi nadal jest na żywieniu pozajelitowym, ale może już jutro do jedzenia dostaniemy jakiś kichel. My jednak z największą niecierpliwością czekamy aż znów weźmiemy nasze dziecko na ręce, wyściskamy i wyprzytulamy, a póki co wszelkie honory za nas, pełni Mis Utulacz, sypia w ramionach naszego syna już od OITu - szczęściarz 
Emotikon unsure

czwartek, 19 maja 2016

po operacji

Wczoraj popołudniu zgodnie z planem Gabryś przeszedł operację odtworzenia ciągłości przewodu pokarmowego. To bardzo poważna i trudna operacja, trwała ponad 5 godzin, ale najważniejsze, że się udała. Pierwszą pooperacyjną noc Gabryś spędził na OIT-ie, strasznie było nam żal, ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że tak będzie najbezpieczniej dla niego. Dziś rano razem z nami wrócił na chirurgię :) !
I śpi, praktycznie cały czas, a to znaczy, że się regeneruje, zresztą sama nasza pani doktor powtarza, że należy mu się. Popołudniu dostał pierwszy worek żywienia pozajelitowego, teraz pozostaje modlić się żeby jelita zaczęły pracować i wróciła perystaltyka. A jeśli tak się stanie to po niedzieli pierwsze próby jedzenia buzią.

Dziękujemy wszystkim za wsparcie i modlitwę, za Wasze telefony i smsy :) i prosimy o więcej, tak aż nas wypuszczą do domu, coby dziecku starzy nie osiwieli ;)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Suma wszystkich strachów

"Uffff, po wizycie" - pomyślał Gabryś, gdy ulokowałam jego chude "cztery litery" w foteliku samochodowym, oczy jeszcze bardzo przeszklone od łez, ale na buzi powoli zaczął pojawiać się uśmiech, ja też odetchnęłam z ulgą, marząc o tym by ten dzień już się skończył i czym prędzej opuściłam teren szpitala. Pobudka o 5 rano i rozpacz nie do ogarnięcia dała mi się we znaki... jednak kiedy opłakany incydent zaczął powtarzać się przy każdej kontroli lekarskiej zrozumieliśmy, że nasz syn ma ogromny uraz, boi się lekarzy, szpitala i wszystkiego co z nim się kojarzy. Długo zastanawialiśmy się jak naprawić zepsute poczucie bezpieczeństwa, przecież nie ma na to specjalnej recepty, a każdy nasz pomysł był przyjmowany z coraz większą rozpaczą. Postanowiliśmy wrócić na ćwiczenia, jednak ten pomysł szybko odrzuciła elfowa ciocia Gabi mówiąc mi stanowcze nie! Rozumiem, bakterie i wszelkie inne dziadostwa, wiem jakie to niebezpieczeństwo dla Gabrysia, szczególnie po szpitalnych przeżyciach, ale wtedy łudziłam się, że powrót do ulubionych ciotek terapeutek trochę naprawi nam dziecko. I nie kłamiąc bardzo marzyłam już o powrocie do naszego starego "normalnego" życia, by coś się wreszcie stało, zmieniło, pozwoliło zapomnieć... Jeszcze tego samego dnia ciocia Gabi odwołała wszystkie swoje zajęcia i przyjechała do nas. Swoją wizytą sprawiła Gabrysiowi ogromną radość, mnie uspokoiła. Świadomość, że Gabi ją pamięta, cieszy się z jej obecności i do tego jeszcze fajnie współpracuje była bardzo budująca a wręcz dawała ogromną nadzieję. Ta wizyta jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinniśmy wrócić jak najszybciej do naszego "dawnego" życia, umówiłyśmy się jednak z naszą neurologopedką, że na ćwiczenia wrócimy nie wcześniej niż w połowie maja, czyli jakiś miesiąc od wyjścia ze szpitala. Posłusznie zostaliśmy w domu, tzn przy każdej sposobności z niego uciekaliśmy, odwiedziliśmy chyba wszystkie większe parki w Wa-wie. Te wycieczki Gabryś uwielbiał i o dziwo nigdy nie płakał kiedy nasze auto podążało w kierunku, któregoś z nich, jednak kiedy tylko kierunek zmieniał na ten medyczny znów nas nawiedzały wszystkie strachy. Łudziłam się, że kiedy wrócimy na ćwiczenia wszystko minie, dlatego z niecierpliwością czekałam połowy maja...
Kiedy już przyszedł pełna radości i emocji przygotowywałam Gabrysia do powrotu na ćwiczenia, od tygodnia trajkotałam tylko o tym (mam taki zwyczaj, że zawsze mówię Biniowi gdzie i po co jedziemy), wierzyłam, że teraz to już z górki, weźmiemy dobry rozpęd i szybko wrócimy do formy, ale przede wszystkim łudziłam się, że wszystkie przed szpitalne umiejętności Gabrysia momentalnie wrócą - a regres był ogromny. Nawet przez myśl nie przeszło mi, że mój plan nie wypali, że powroty mogą być tak trudne i, że wszystkie strachy powrócą. Tak... znów w drodze na ćwiczenia towarzyszył nam pan strach i czarna rozpacz, a do towarzystwa dołączyła pani syrena, to już był nadkomplet, ale najbardziej wkurzało to, jak bardzo rozpanoszyły w naszym życiu - dotarły nawet na ćwiczenia. Gabryś płakał, w sumie to nawet nie wiem dlaczego, bo nie chciał ćwiczyć, bo coś go bolało, bo mama wyszła - powodów mogło być wiele, ale ja mogłam się tylko domyślać. W drodze powrotnej gdy Gabryś zasypiał najprawdopodobniej z "ryczącego zmęczenia" zastanawiałam się co dzieje się w jego głowie i jak pomóc własnemu dziecku. Z każdą kolejną próbą wyjazdu z domu było już tylko gorzej a my, ja i nasz syn, byliśmy tymi podróżami coraz bardziej zmęczeni, dodatkowo zagubieni. Jedno było pewne nasz syn boi się ludzi, tak naprawdę akceptuje tylko nas - mamę i tatę. Na wieczornych małżeńskich posiedzeniach szukaliśmy pomysłu na naprawę własnego dziecka... Wiem, "mission impossible", nikt nie mówił, że będzie aż tak ciężko, nikt nie dał nam instrukcji obsługi do naszego "nowego dziecka". Nasze zmęczenie rosło do granic naszych możliwości, nie doszliśmy jeszcze do siebie po szpitalnych przejściach, a czego wymagać od dziecka, które nie chcący stało się sprawcą całego zamieszania. Do głowy przychodziło nam tylko jedno słowo - odpoczynek, wszyscy go bardzo potrzebowaliśmy, dlatego decyzja o wyjeździe zapadła w ekspresowym tempie. Wyczekiwaliśmy już tylko na ten dzień kiedy razem z naszym synem wyruszymy w podróż za chociaż jeden uśmiech. 
Koniówka - to miejsce za którym wszyscy bardzo tęskniliśmy od zeszłego roku i własnie tam wybraliśmy się w połowie czerwca, by najwyżej dokąd powóz Gabrysia dojedzie zostawić wszystkie zołzy i strachy.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

A co, jeśli jutra dla nas nie będzie ?

Czyli o rewolucji marcowo - chorobowej z służbą zdrowia w tle cz.1

To miał być tydzień zwyczajny jak wszystkie dotychczas, jego początek w niczym nie zapowiadał tak tragicznego i trudnego finału. Gabryś od początku był w znakomitym humorze, codziennie rozbrajał nas swoim śmiechem, aż do środy... To właśnie w środę wieczorem pojawiły się kolorowe ptaki (to trochę ładniej brzmiące określenie wymiotów), Robert w trasie, za późno na lekarza, chyba że na jakiś ostry dyżur. Tylko że ze zwykłym pawiem na SOR to lekka przesada... Ale wtedy nie wiedziałam, że ten był niezwykły. Młody wymęczony zasypia, układam go na boku, w pozycji bardzo bezpiecznej, zabezpieczam plecy, żeby się nie odkręcił, i biegnę do pobliskiego nocnego po colę – ten niezdrowy napój znakomicie blokuje odruch wymiotny, dodatkowo przez dużą zawartość cukru jest pomocny w walce z odwodnieniem (ale tę metodę stosujemy w podbramkowych sytuacjach). Cola na trochę pomaga, jednak nad ranem kolorowe ptaki wracają. Skoro świt oboje padamy na twarz, ale czym prędzej umawiam nas do lekarza. Nasza pani doktor jest po południu, więc idziemy do kogokolwiek, byleby jak najszybciej. Pediatra diagnozuje wirus rota, czym mnie trochę szokuje, bo tak bez biegunki? Sugeruję jej, że Binio ma problem z brzuchem, mówię, że podnosiłam nawet jego prawą nogę wysoko do góry, myśląc, że to wyrostek robaczkowy, w końcu Gabi to od kilku dni 10-latek, jednak lekarz nawet nie dotykając brzucha Gabrysia stwierdza, że jego choroba nie ma nic wspólnego z brzuchem, zapewnia, że to wirus rota, a że bez biegunki, to nic szczególnego – podobno miewa też i taki przebieg. Wychodząc, czuję jakiś wewnętrzny niepokój... ale wtedy najbardziej skupiam się na tym, by pomóc Gabiemu. W międzyczasie Robert wraca z wyjazdu, bierze wolne w pracy by razem ze mną zająć się chorybzdą. Stan Gabrysia chwilowo się poprawia. Kiedy wymioty ustają, próbujemy delikatnie wprowadzać jedzenie, niestety wszelkie próby kończą się nawrotem kolorowych ptaków… Nawet nie wiem, kiedy minęły te dwa dni. 
W sobotę nad ranem z Gabrysiem zaczyna dziać się coś złego, jednym z objawów jest bardzo twardy brzuch, prawie jak kamień. Dzwonimy do naszej pediatry, ta zaleca natychmiastową wizytę na ostrym dyżurze, jedziemy do najbliższej placówki. Po dłuższej chwili oczekiwania wkraczamy do gabinetu, pani doktor, dość wiekowa kobieta, na dzień dobry krzyczy do nas, że do gabinetu nie wprowadzamy wózków, my nie mniej miłym tonem uświadamiamy ją, że to tak, jakby kazała nam, rodzicom, zostawić nogi za drzwiami. Nie jesteśmy złośliwi, jesteśmy przerażeni... (à propos wózka – Gabi ma już 10 lat i chyba widać, że jest dzieckiem niepełnosprawnym, poza tym nikt z lenistwa nie wozi tak dużego dziecka na wózku – trochę taktu). Ale najgorsze przed nami, ponieważ zanim rozpocznie się badanie, lekarz musi sporządzić historię choroby, klepiąc jednym palcem w klawiaturę. Zajmuje jej to jakieś 20 minut. Robert kilka razy sugeruje, żeby zobaczyła, co dolega Gabiemu, bo bardzo się męczy, bardzo ciężko oddycha... Ale papierologia jest najważniejsza, pacjent może się przekręcić... W końcu doktor odrywa głowę znad komputera, a samo badanie zajmuje jej sekundę. Diagnozy nie stawia, jednak w trybie pilnym kieruje nas do chirurgów, wypisuje nam papier z dopiskiem "cito". Jedziemy na SOR pobliskiego szpitala na Niekłańskiej. W rejestracji szybko opowiadam, co się dzieje z naszym synem, pani wypisuje kartę, później  kieruje nas na badanie wykonywane przez ratownika medycznego. Niestety, pan ratownik nie diagnozuje tragicznego stanu Gabrysia i tak zanim docieramy do poczekalni, nasze cito rozpada się na kawałki... 
W kolejce tłum ludzi, dzieci mdleją, wymiotują, sytuacja generalnie niewesoła. Trzymam Gabrysia na kolanach, przytulam, a łzy same mi płyną, widzę, że jest z nim coraz gorzej, coraz trudniej mu się oddycha. Robert co chwilę puka do gabinetu i upomina się o przyjęcie, w końcu przekraczamy magiczne drzwi. Bardzo młoda pani doktor jest nie mniej przerażona od nas, kieruje nas na USG. Wtedy jeszcze nie wiemy, że każda minuta jest na wagę życia, tego najważniejszego dla nas... Na USG upewniamy się, że problem jest – tak jak przypuszczaliśmy – w jelitach. Wracamy do gabinetu, znów musimy swoje odstać, dostajemy kolejne skierowanie –tym razem na RTG (gabinet rentgenowski jest naprzeciwko USG...). Prześwietlenie potwierdza, że to jelita, mają bardzo powiększoną średnicę i powodują ucisk, a nawet przesunięcie innych organów do góry i to jest właśnie powód problemów z oddychaniem. Mijają prawie 4 godziny, zostajemy skierowani na chirurgię. Jadąc windą na II piętro, byliśmy niemalże pewni, że to tak tylko na weekend, przeczyszczą młodemu jelita, wzmocnią go (jakieś kroplówki) i wypuszczą nas do domu. Ale Gabi jest już tak słaby, że jest problem z pobraniem krwi. Jadę do domu po badania – wiem, gdzie co leży, pójdzie mi szybciej. Kiedy byłam na ostatnim lewoskręcie, dzwoni Robert i mówi, że Gabrysia zabrali na blok. Zamieram, samochód razem ze mną. Stoję tak ze 3 zmiany świateł, kierowcy, którzy muszą mnie jakoś minąć, pukają się w głowy, a ja nie jestem w stanie nic zrobić... W końcu zbieram się w sobie, wiem, że dla nich, moich chłopaków, muszę tam wrócić. Biegnę szybko do mieszkania, zgarniam, co potrzeba, wracam do szpitala. Pani doktor informuje nas, że Gabryś będzie operowany, ponieważ próby przeczyszczenia jelit nic nie dały. Kierujemy się na piętro, gdzie mieści się blok operacyjny, chcemy być jak najbliżej Gabrysia. Spędzamy tam najgorsze chwile naszego życia, łzy same płyną, żadna modlitwa nie składa się w całość... SMS-uję do wszystkich, których mogę prosić o modlitwę, a sama już tylko proszę Boga, by pozwolił nam jeszcze raz, chociaż raz przytulić naszego synka. 
Po ponad dwóch godzinach wychodzi pani doktor. Jej słowa są druzgocące, bo zaczyna od "to był ostatni moment, gdyby państwa syn trafił tu kwadrans później, nie udałoby się nam go uratować. To potężny skręt jelit, doszło już do martwicy sporej części jelita grubego. Tę martwiczą część wycięliśmy, wyłoniliśmy przetokę,  najbliższe godziny i dni będą decydujące…". Żyje – to jedyne słowo, które wtedy do nas dotarło, chcieliśmy jak najszybciej zobaczyć naszego synka. Ale przez pierwsze dwie godziny pacjent zawsze zostaje na obserwacji na sali pooperacyjnej. Pani doktor odesłała nas do domu, sugerując, że my też potrzebujemy odpoczynku. Wychodząc, mam ochotę wszystkich tam, na rejestracji, rozszarpać – przejście przez SOR zajęło nam tyle czasu, tak bardzo cennego czasu... Ale największy żal mam do siebie, pozwoliłam uśpić swoją matczyną czujność…  
W domu nie jesteśmy w stanie usiedzieć na miejscu, marzymy tylko o tym, by być już przy Gabrysiu. Po godzinie wracamy do szpitala. Kiedy wchodzimy na oddział, pielęgniarki jadą po nasze dziecko, idziemy razem z nimi. Gdzieś głęboko w sercu pojawia się nadzieja, że teraz to już szybka naprawa i wracamy do domu. Ale Gabi jakby nie nasz, jakby otłumaniony, a może obolały. W tym momencie najważniejsze jest jednak to, że JEST. Zostajemy przy nim w szpitalu, nie wyobrażamy sobie, by miał być choć przez chwilę sam, mając świadomość, jak jest źle, chcemy wykorzystać każdy moment. Szpitalne noce były ciężkie, a strach przed tym, co mogłoby się zdarzyć, nie pozwalał zmrużyć oka. Kiedy już się kładłam, prosiłam Boga, by następne rano było nam dane. Niedziela przyniosła nadzieję, Gabi powolutku wracał, parametry się poprawiały, nawet zaczął się do nas śmiać, nie wiedzieliśmy tylko, że jego wnętrze to wciąż tykająca bomba... 
Marzyliśmy o tym, by zabrać go już do domu – przecież w domu wszystkie rany goją się szybciej. Ale chcemy też mieć pewność, że wszystko jest z nim  dobrze, a kolejne dni są bardzo trudne. Nasz lekarz prowadzący zapytany, czy stan naszego dziecka jest już stabilny, zaprzecza. Zresztą sama buzia Gabrysia to jeden wielki smuteczek, dlatego robimy wszystko, by na jego buzi znów pojawił się uśmiech. Zwozimy z domu ulubione zabawki, pluszaki i utulaki. Podejmujemy nawet próby jedzenia, ale to przywołuje kolorowe ptaki i parametry zaczynają spadać, a stan Gabrysia się pogarsza... Jest środa, po raz pierwszy od niedzieli wychodzę do domu. Kiedy przekraczam próg naszego mieszkania, dzwoni Robert – młodego znów zabrali na blok, pędem wracam do szpitala. Bezsilność to jedyne uczucie,·które z wtedy pamiętam... Kiedy próbuję dotrzeć pod salę operacyjną, nogi się pode mną uginają, jakby razem z moją głową nie chciały znów przez to przechodzić. Znów kilka godzin czekania, znów ten ogromny strach, ta bezsilność... 
Po kilku godzinach wyszedł do nas ordynator. Operacja się udała, ale znów najbliższe dni będą decydujące. Tym razem jelito cienkie zapętliło i zablokowało przetokę wyłonioną w sobotę, w trakcie operacji zamknięto pierwszą przetokę, wyłoniono drugą – przetoka to nic innego jak stomia, w przypadku Gabrysia kolostomia. Gabi zostaje na pooperacyjnej, a w związku z tym, że na blok trafia pacjent po wypadku, nasz syn nie może wrócić na górę dopóki lekarz nie skończy operować. Po godz. 22 pielęgniarki odsyłają nas do domu, prosimy je więc tylko, by dały nam znać, gdyby Gabryś miał wrócić na chirurgię. Około 1 w nocy dostajemy sygnał, że nasz syn wraca. Ja też wracam, dla mnie to nasza najgorsza noc szpitalna, choć każda była straszna... Kiedy przekraczam drzwi oddziału, słyszę Gabrysia, choć dzieli mnie od niego spora część korytarza. Od razu jestem świadoma, jak ogromny musi być ból, i że przed nami bardzo ciężka noc... Cały czas razem z misiem utulaczem próbujemy sprawić, by Gabi zapomniał o tym wszystkim, co się wydarzyło, o bólu, i by choć na chwilę usnął. Śpiewamy, głaszczemy, próbujemy przytulić, choć to trudne – z każdej strony jakieś rurki, ten pocięty brzuch  i jeszcze szyja z wkłuciem centralnym. Kiedy Gabryś zasypia choć na chwilę, wychodzę na korytarz. Muszę się wyryczeć, od początku staramy się nie robić tego przy nim. Mam dość, jestem zmęczona, przerażona, psychiczne totalnie obolała. Coś we mnie pękło, ale mam też świadomość, że największe cierpienie spadło właśnie na Gabrysia, a my musimy zrobić wszystko, by mu jak najbardziej ulżyć. Tylko jak? Tej nocy nie zmrużyłam oka, chciałam, żeby Gabi czuł, że jestem obok. Bałam się stracić jakąkolwiek sekundę, nawet tak bardzo przecierpianą... 
Z samego rana ściągnęłam do szpitala Roberta, byłam bardzo zmęczona, ale też nie chciałam nawet na chwilę odejść od łóżka Gabrysia. Po porannej wizycie ordynatora siedzieliśmy przy Biniu i sączyliśmy kawę, którą jeszcze ciepłą Robert codziennie przywoził z domu. Toczyliśmy bardzo trudną rozmowę i to właśnie wtedy zadałam mu pytanie, które wisiało w powietrzu od soboty:  "A co, jeśli jutra dla nas nie będzie, co, jeśli przyjdzie taki dzień, że szpital będziemy musieli opuścić sami...?". To nie tak, że się poddałam, cały czas miałam wielką nadzieję, że wszyscy wyjdziemy stamtąd jak najszybciej, nadzieję, która podnosiła mnie codziennie rano na nogi, ale ta ostatnia noc mnie rozwaliła. I uświadomiła mi, że wiara i nadzieja to jedno, a stan Gabrysia był naprawdę bardzo ciężki. Robert od zawsze miał niesamowitą zdolność stawiania mnie do pionu i tym razem było podobnie – szybko przypomniał mi, że jeśli opuścimy ten szpital, to tylko we troje i zakończył rozmowę. 
Po południu jest tylko gorzej – tak nam się wydaje – Gabrysiowi drastycznie zaczyna spadać tętno. Z bardzo bólowego, na poziomie 150-140, spada poniżej 100, w bardzo szybkim tempie leci coraz niżej i niżej – 80, 70, 60, 50… Maszyna wyje niemiłosiernie, cały personel się zbiega i odsuwa nas od naszego synka. Wiedzieliśmy, co to może znaczyć, od tygodnia powtarzano nam, że nasz syn jest chory śmiertelnie, a tętno leciało dalej – 40, 30… Byliśmy pewni, że to już koniec, przerażenie i łzy nie do opanowania. W pewnym momencie do sali weszła pielęgniarka, wyłączyła monitor, włączyła z powrotem i dodała: „zawiesił się…”. K... mać, przecież jesteśmy ludźmi utkanymi z żywych tkanek, mamy ręce, nogi, głowy, serca a nade wszystko mamy uczucia!!! To był moment, w którym chciałam ich rozszarpać, tylko kto jest winien, że mają tam taki kijowy sprzęt...
Wybłagaliśmy lekarzy, by przez ten krytyczny czas pozwolili nam czuwać na zmianę. W dzień oboje byliśmy przy Gabim, w nocy jedno z nas czuwało przy jego łóżku, a drugie spało w świetlicy i co dwie godziny zmiana. Wytrzymaliśmy tak cztery noce, potem to już OIT. Z każdym dniem dochodziło coś nowego – zagrożenie septyczne, wiecznie lecące wyniki, aż w końcu zapalenie płuc. Powiedziano nam o nim w piątek, choć lekarze wiedzieli od środy. Z Gabrysiem na łóżku zjeżdżamy trzy piętra niżej na RTG, gdzie jest tłum ludzi przychodzących z zewnątrz na badania, a co za tym idzie – ogrom bakterii (następnego dnia okazuje się, że oddział obok ma przenośny rentgen, którym można przyjechać na salę Gabrysia). Prześwietlenie wykazuje postępujące zapalenie płuc, od środy podobno są duże zmiany. Wracamy na górę, nasza "ulubiona" pielęgniarka zakłada Gabiemu maskę tlenową i tak zaleca mu przeleżeć weekend, a niestety tak leżąc, nasz syn nie miałby szans na przeżycie. Jesteśmy zdruzgotani. To już zbyt wiele jak na jeden krótki tydzień, ile cierpienia może wziąć na siebie jeden mały człowieczek, ile są w stanie znieść jego rodzice... 
Sobota jest tragiczna, Gabi coraz gorzej oddycha, jego organizm jest zbyt mocno obciążony, zbyt słaby, by walczyć. Widzimy, że jego stan pogarsza się z minuty na minutę, saturacja spada. Przy próbach kaszlu Gabryś zaczyna wymiotować, okazuje się, że jego żołądek w ogóle nie pracuje i od pierwszych szpitalnych dni nie działa. Młody od środy jest na żywieniu pozajelitowym, nie dostaje żadnych posiłków doustnie, a w żołądku są zaległości. Znów wraca świadomość, że jest bardzo jest źle, zdruzgotani dzwonimy do naszych najbliższych i sugerujemy, że to chyba czas się pożegnać... Dotychczas nie pozwalaliśmy nikomu na wizytę, baliśmy się, że ktoś przyniesie jakieś nowe zarazki, ale też nie chcieliśmy rozpaczy i chlipania, przy Gabrysiu musieliśmy być twardzi – dla niego, a babcie mogłyby nie trzymać fasonu i ich wizyta raczej dodatkowo nas by rozkleiła.
Wieczorem zastępca ordynatora dyżurująca w sobotę stawia oddział do góry nogami, żeby pomóc naszemu dziecku. Najpierw ściąga rentgen (dało się? - dało...) i robi nowe prześwietlenie, okazuje się, że już całe płuco jest zajęte, a zalegający w gardle śluz sprawia młodemu coraz większe problemy w oddychaniu. Pani doktor ściąga z OIT-u panią anestezjolog, która odsysa zalegania – pomaga, bardzo! Na wieczorną zmianę przychodzą dwie cudowne pielęgniarki, umawiają się z nami, że dokładnie co 2 godziny będą przychodzić, by oklepywać i odsysać Gabrysia. Czuwamy przy młodym na zmianę i, oczywiście, włączamy się w pomoc, dla nich nawet samo przytrzymanie Gabiego jest bardzo pomocne. Pani doktor też zagląda co jakiś czas, efektem tej nocnej walki jest "świetna" forma Gabiego następnego dnia – poza tym, że wycieńczony organizm dopada jeszcze padaczka, to dla naszego dziecka jest to naprawdę dobry dzień. Oczywiście odsysamy się i oklepujemy, może troszkę rzadziej, bo młody po nocy odzyskał oddech i odsypia, w międzyczasie dostaje kolejny woreczek życiodajnego czerwonego płynu. Nawet babcie stwierdzają, że panikujemy i w zdecydowanie lepszych nastrojach niż przyjechały wracają do domów. Jednak to tylko złudzenie, że niedziela jest punktem zwrotnym, wieczorem przychodzi nocna zmiana.
Kiedy mówię im o oklepywaniu, odsysaniu młodego, patrzą na mnie jak na idiotkę, pokrętnie odmawiają mi pomocy – przecież skoro w karcie niewpisane jako zalecenie, to nie obowiązek... Zdruzgotana Roberta odsyłam do domu, a sama kładę się spać. Oczywiście gdy sama oklepuję Gabrysia, pytają, kto pozwolił mi to robić, ale odsysania nie potrafię, a sztuką było połączenie obu technik. Padam na twarz, zmęczenie i wyczerpanie robi swoje, choć gdyby ze strony pielęgniarek była wola pomocy, nie spałabym i tej nocy. Pielęgniarki pojawiają się w nocy na sali (raz, pamiętam, choć mówiły później, że były kilka razy), czego skutkiem są poranne zaburzenia oddechu, saturacja z maską tlenową nie przekracza 80. Nie muszę pisać, co czuję – znów zaliczamy dół. Oczywiście po mojej interwencji u lekarza regularne wsparcie powraca, tylko jest trochę za późno. Po południu przychodzi neurolog i załamuje ręce, jak widzi, w jakim stanie jest Gabryś, i wcale nie chodzi jej o padaczkę... Jest również pediatrą, pyta naszego lekarza prowadzącego o pomoc, jaką otrzymał nasz syn, wymienia jakieś 3 lub 4 formy leczenia, pamiętam tylko powtarzane pytanie: a to robiliście?, a to robiliście?, a to robiliście...?. Cisza jest bardzo wymowna. Pani neurolog zwiększa leczenie przeciwpadaczkowe, wypisuje lek do natychmiastowego wdrożenia, ale też zaczyna szukać pomocy na innych oddziałach. Przyprowadza najpierw lekarza z alergologii, a potem szuka pomocy na OIT-cie. My czekamy na podanie leku, przy tak często powracających napadach ten lek musi być podany natychmiast – ja nazywam to złotym strzałem – czekamy pół godziny, napady coraz bardziej  się nasilają, w końcu zjawia się pielęgniarka z podajnikiem do wolnego wlewu... Nie wyrabiam. Wychodzę z oddziału, przy wejściu mijam trzy panie w fartuchach, kulturalnie ustępuję im miejsca. Nie mam pojęcia, że to wsparcie dla naszego dziecka. Na dole wychlipuję się Kasi (Kasia pracuje w rejestracji ogólnej szpitala, od początku  naszych szpitalnych zmagań bardzo wspiera naszą trójkę, dodatkowo codziennie skoro świt wpada do nas z kawą i czymś słodkim, codziennie przytula i zostawia jakieś dobre słowo). Będąc już na zewnątrz, dzwonię do Roberta, mówię, że stoję pod oknem naszej sali i proszę, żeby wyjrzał, to im pomacham. W odpowiedzi słyszę, że nie może, bo przyszły panie z OIT-u i zabierają Gabrysia. Tak, dokładnie te same, z którymi minęłam się, opuszczając chirurgię. 
W tamtym momencie wydawało mi się, że już nic gorszego nie mogło nam się przydarzyć, bo OIT dla większości z nas to ostatni szczebelek do przepaści... Wracam, udaje mi się dolecieć na górę, zanim Gabi opuszcza salę. Jestem zdruzgotana, bo muszę go tam zostawić samego – dla mnie wrócić do domu bez własnego dziecka to porażka, to przerwanie czegoś wyjątkowego, co czujemy tylko my. Mam żal o wszystko – że nasz lekarz prowadzący przed weekendem nie zleca wykonania antybiogramu, zostawia nas na weekend z antybiotykami, które, jak dało się zauważyć, nie działały na to zapalenie płuc. Mam żal do pielęgniarek o ostatnią noc, żal do siebie, że nie miałam takiej siły przebicia, by lekarze bardziej wysłuchali się w to, co im mówię o dotychczasowym leczeniu naszego dziecka, że nie potrafiłam uchronić Gabrysia przed tym wszystkim. Ale i tak najgorszy jest strach, że zostawiając Gabrysia samego, możemy nie zdążyć na ostatnie sekundy...
Cdn.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Wygrać choć jeden uśmiech...

Dom, wydawałoby się, że tu wszystkie troski znikają, a rany goją się szybciej, chyba właśnie dlatego tak bardzo marzyłam, żeby w końcu nas wypuścili ze szpitala. Łudziłam się, że chorowanie w domu będzie lżejsze a sam wypis będzie równoznaczny z cudownym ozdrowieniem Gabrysia...

Święta wielkanocne dobiegały końca i nic nie zapowiadało, że w najbliższym czasie opuścimy szpitalne mury... wprawdzie zapalenie płuc już mijało, szwy pooperacyjne dawno były zdjęte, tylko żołądek... ten za nic nie chciał pracować, a na pewno dorównać tempu narzuconemu przez doktorów. To własnie przez niego, przez ten żołądek przestałam marzyć o powrocie do domu...
W świąteczny poniedziałek wieczorem Gabrysiowi wypadło wkłucie centralne, w wypadnięciu dziwne było to, że wypadło, było przyszyte więc nie miało prawa, ale było to również przerażające, bo tą drogą Gabryś otrzymywał żywienie pozajelitowe... Poprzez to żywienie dostarcza się organizmowi wszystkich niezbędnych do życia składników odżywczych, w skład takiej mieszanki wchodzi białko, węglowodany, tłuszcze, elektrolity, pierwiastki śladowe i witaminy czyli tzw wszystko. Gabryś otrzymywał je od drugiej operacji i dawało mi to taki wewnętrzny spokój, że jego organizm był właściwie dożywiony. Ten wieczorny epizod rozwalił mnie całkowicie bo niby co dalej bez tego wkłucia, było jeszcze żywienie przez sondę do żołądka, a ponieważ ten bardzo powoli się uruchamiał, były to bardzo małe ilości... Gabi niewiele sam jadł, trzy intubacje i dwa tygodnie z sondą zrobiły swoje, jednak najbardziej bałam się decyzji o nowym wkłuciu, widziałam film w necie jak to się robi i jest to straszne, a poza tym wiązało się to z kolejną narkozą, a ja bardzo bałam się skutków tych wszystkich leków. 
Gdy ja zamartwiałam się całą noc o to co dalej, nasz syn po raz pierwszy od miesiąca porządnie się wyspał, dotychczas spał na baczność, strasznie te wszystkie kabelki go musiały blokować, a tej nocy tańczył po całym łóżku, nawet saturacja zrównała się z tętnem - 100 na 100 - cudowny widok, nic tylko pakować się do domu. We wtorek rano na obchodzie pan ordynator poinformował nas, że skoro tak już się stało, to wyciągamy sondę, odstawiamy wszystkie dożylne leki, "uruchamiamy buzię na maxa" a jeśli się uda to jutro do domu. 
Tyle radości - dom, w końcu dom, na horyzoncie pojawiała się mała iskierka nadziei, ale choć na powrót do domu czekałam tyle czasu, to w tym momencie byłam kompletnie przerażona. Bałam się, tak po prostu, nie wiedziałam czy Gabryś będzie jadł, pił, przyjmował leki czy jelita będą działały, a przede wszystkim czy żołądek jest gotowy na powrót do domu i jeszcze do tego moje gotowanie, czy będę wiedziała jaką dietę wprowadzić. W szpitalu było tyle mądrych głów obok, a w domu będziemy zdani tylko na siebie, żadnego wsparcia, żadnej pomocy. Nawet nasz pierwszy żywieniowy sukces nie napawał już taką nadzieją, przez dwa dni wcisnęłam Gabiemu 125 g deserku "niemowlęcego", i jeszcze kilka łyżeczek zupki, którą babcia przywiozła na święta, łyżeczkę kisielku, dwie łyżeczki jogurtu - pełen sukces... tylko to naprawdę było bardzo mało.
Pomijając jednak "strachy żywieniowe" w środę późnym popołudniem wracaliśmy do domu. Powinnam się cieszyć, a miałam mieszane uczucia, chciało mi się wyć, z radości ale też ze strachu, bo choć w końcu poczułam ulgę i powtarzałam sobie, że najważniejsze, że wracamy do domu wszyscy troje, to zachowanie Gabrysia nie wzbudzało entuzjazmu, jakby wracał z nami nie nasz syn. Z drugiej strony ciężko było mu uświadomić jednym zdaniem, że własnie zamykamy ten straszny  szpitalny rozdział. Nie tak to miało wyglądać, przecież wygraliśmy wojnę a ten cały stres i strach wciąż w nas mieszkały, po głowie błąkało się pytanie "czy my już możemy się cieszyć", tylko do kogo je skierować. 
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć, wiedziałam, że rano obudzę się w całkiem nowym, zdecydowanie trudniejszym życiu - jakby dotychczas było łatwo, próbowałam sobie to wszystko jakoś poukładać ale ciężko było znaleźć dobry początek... 
Najtrudniejsze były pierwsze dni, ale właśnie wtedy mieliśmy jeden najważniejszy cel - przywrócić uśmiech na twarzy naszego dziecka, wiedzieliśmy, że reszta wtedy jakoś sama się ułoży. Ułoży... łatwo powiedzieć, zalecenia w wypisie powalały, bo sam zapis "dieta wysokobiałkowa i nutridrinki" wiele mi nie mówił. Pamiętam jak dwa lata temu mój tata po bardzo poważnej chorobie wychodził ze szpitala, mama dostała do ręki 4 kartki z wytycznymi żywieniowymi dla niego na najbliższe miesiące, było tam wszystko co może jeść, czego nie może, co jest wskazane w jego diecie, a co zabronione, właśnie takich instrukcji mi zabrakło. Chyba nie oczekiwałam zbyt wiele od szpitala, oczywiście dostaliśmy skierowanie do poradni gastroenterologicznej, ale kiedy przekonaliśmy się jak odległe są terminy, stwierdziłam że zostaliśmy rzuceni na bardzo głęboką wodę...
Nie mam żalu do szpitala, w tym do którego trafiliśmy nie było oddziału gastroenterologicznego, raczej jestem wściekła na system, nasz syn był chory "śmiertelnie" (lekarze powtarzali nam to kilkakrotnie), a w takich sytuacjach powinien być konkretny zapis mówiący o objęciu go (takiego pacjenta) natychmiastową opieką specjalistycznego oddziału w innej placówce, a wręcz o wskazaniach do przeniesienia pacjenta jeszcze w trakcie leczenia szpitalnego.
Można by długo jęczeć i włosy z głowy rwać, ale w niczym nam by to nie pomogło, musieliśmy zacząć działać, jakoś odnaleźć się w nowej sytuacji, z ustaleniem nowej diety Gabrysia też nie mogliśmy czekać aż jakaś poradnia łaskawie się nami zainteresuje. Zaczęliśmy od słoiczków, tych dla "malutkich dzieciaczków", nie jestem ich zwolenniczką, ale od czegoś zacząć trzeba było, a tak nam też doradzono w szpitalu. Obserwowałam co Gabrysiowi smakuje, żeby na bazie tych składników przygotowywać mu posiłki, w nocy godzinami przepytywałam "wujka google" co dla naszego syna będzie najzdrowsze i sama gotowałam, zaczynałam od zupek mocno miksowanych - buzia Gabrysia długo słabo działała, ale jego stan z każdym dniem stan delikatnie się poprawiał dlatego coraz bardziej rozwijałam skrzydła w "nowej pasji" - dla niewiedzących podkreślam, iż gotowanie to moja pięta achillesowa - nie cierpię! Więc choroba Gabrysia dodatkowo jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Moim najbliższym przyjacielem stał się parowar, a łyżka i strzykawka to atrybuty każdego dnia. Na zmianę wciskam Gabiemu jedzenie albo picie i jeszcze stos leków, brakuje mi tylko czasu na przygotowywanie posiłków. Z pomocą przychodzi mama co jakiś czas podsyła nam zupki, pulpeciki i różne inne cuda. Po tygodniu od naszego powrotu ze szpitala wróciła pani Ania, nie ćwiczą, nie pracują również jakoś intensywnie, czytają książki, śpiewają a przede wszystkim dobrze się bawią, a ja w tym czasie mam 2 godzinki dla siebie, na cokolwiek. Dziś bardzo cicho mówię sobie, że wracamy z dalekiej podróży, stan Gabrysia powoli się poprawia, choć z każdym dniem coraz bardziej dociera do nas jak wiele choroba mu odebrała. Jest troszkę lepiej, Gabi jada warzywa i owoce, oraz coraz więcej produktów wysokobiałkowych a przy tym wszystkim buzia coraz aktywniej pracuje. Dodatkowo już wkrótce mamy wizytę w Instytucie Żywności i Żywienia w celu stworzenia dla Gabrysia właściwej, zdrowej, dobrze zbilansowanej, pełnowartościowej diety. Takie małe rzeczy dają nadzieję na lepsze jutro, a na pewno spokojniejsze. Nie jest lekko, strasznie dużo tego wszystkiego się skumulowało, bo przecież te nowe problemy nie zlikwidowały tych starych, wręcz je jeszcze bardziej pogłębiły. Do tego doszły różne fobie i strachy, z którymi bardzo ciężko jest nam się rozprawić. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni, miesięczne koczowanie w szpitalu było ponad nasze możliwości,  strach o życie Gabrysia i przerażenie też zrobiły swoje, ale każdy uśmiech naszego dziecka i powoli powracająca "sprawność" dają nadzieję, że kiedyś wszystko wróci do normy. Pozostaje nam wierzyć, że kiedyś odzyskamy wszystko i jakoś poukładamy nasze życie od nowa.

piątek, 3 kwietnia 2015

Świątecznie

Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych
życzymy wielu radosnych spotkań w gronie najbliższych,
odpoczynku, wzruszeń i refleksji,
jakie niesie za sobą Zmartwychwstanie Jezusa.
I niech przyjdzie kolorowa, piękna i cieplutka wiosna
Gabryś z rodzicami

Kochani dziękujemy za Wasze wsparcie w ostatnich, tak trudnych dla nas tygodniach, Gabryś powolutku wraca do siebie, poprzedni tydzień spędził na OITie gdzie w ekspresowym tempie "przegoniono" zapalenie płuc, od wtorku wróciliśmy na chirurgię i walczymy z wciąż słabo działającym układem pokarmowym by nie powiedzieć uczymy się jedzenia od nowa... Święta w szpitalu - to smutna wiadomość, ale jesteśmy pełni nadziei, że coraz bliżej powrót do domu.
Miś Utulacz, jego właściciel i my pozdrawiamy ze szpitalnego spa ;)