środa, 13 lipca 2016

levetiracetam apotex czyli spirytus movens ostatniego zamieszania

Nie od dziś wiadomo, że nasz Gabryś od ponad dekady zmaga się z padaczką. Padaczka u nas rzecz nabyta, totalnie nie chciana i znienawidzona, no bo jak polubić taką francę... Odkąd się pojawiła, rządzi się jakby była u siebie, niestety ale to ona rozdaje karty. Z padaczką nie jest jak z przeziębieniem, ciężko jest znaleźć właściwy "antybiotyk", a nawet jeśli znajdziesz to i tak każdego dnia musisz się bardzo bardzo pilnować, bo naprawdę nie wiele trzeba by coś przestało działać, coś się zepsuło, tu wszystko jest ważne. 
O naszym życiu z padaczką można by powieść napisać, w dodatku w kilku tomach... ale gdybym miała o tej francy opowiedzieć w kilku słowach, napisałabym po prostu - dobrze nie jest :/, nawet jeśli wdrapiemy się na jakiś beznapadowy szczyt, to najczęściej spadamy z takim hukiem... że ojej... 
W maju wracając do szpitala baliśmy się, bardzo... Powodów było wiele, a między innymi ten padaczkowy, w trakcie i po zeszłorocznym pobycie szpitalnym w tym temacie działy się straszne rzeczy... ale właśnie w trakcie pobytu w CZD lekarze tak zapanowali nad sytuacją, że zapomnieliśmy o padaczce, naprawdę zero napadów. Po powrocie do domu też, istny miesiąc miodowy, no dwa tygodnie ;). Niestety skończył nam się zapas jednego z leków, więc czym prędzej popędziłam do lekarza po receptę i zamówić pożądany lek do apteki, a tam zonk... nie ma, aktualnie nie jest dostępny :(. Pani obdzwoniła wszystkie hurtownie, leku wszędzie brak, więc zabrałam receptę by sama poszukać szczęścia w innych aptekach, nie udało się, wszyscy tylko proponowali nam zamiennik. 
Nie chcieliśmy zamiennika, dokładnie rok wcześniej w szpitalu, bez uzgodnienia z nami wstawiono Gabrysiowi zamiennik, powodem były oszczędności. Doświadczyliśmy na własnej skórze jak to działa, a raczej nie działa, każdą niedzielę zaczynaliśmy od stanu padaczkowego i bardzo ciężko było nad tym zapanować, dopiero zmiana tego leku na inny przyniosła lekką poprawę. Od tej pory pilnowaliśmy wszystkiego, godzin podawania leków, właściwych dawek a przede wszystkim by mieć ich zapas w apteczce. 
Nie udało nam się znaleźć tego leku, wykonałam telefony do około 100 aptek... w końcu pokusiłam się o telefon do dystrybutora - firmy Apotex. A tam bardzo miła pani oznajmiła mi tak po prostu "ach no tak, levetiracetam... no przez jakiś miesiąc, go nie będzie, może w drugiej połowie lipca..." luz totalny, przecież jej dziecka to nie dotyczyło. Pozostało nam tylko jedno wyjście, wprowadzenie zamiennika, ale ostateczną decyzję zostawiliśmy Gabrysiowemu neurologowi. 
Z nowym przyszło gorsze, wszystko co złe wróciło, najpierw napady, potem zmienne nastroje z nastawieniem raczej na te złe, totalne przestawienie rytmu dnia - od ponad tygodnia Gabi przesypia całe dnie a rządzi w nocy, czasami nawet do trzeciej. To te najbardziej widoczne, a jest wiele innych i niech mi nikt nie mówi, że wprowadzenie zamiennika nie ma znaczenia... Nawet nie wspominam o ogromnym ryzyku jakie niesie wprowadzenie nowych farmaceutyków po operacji jaką tylko co przeszedł Gabryś.
Ta cała sytuacja to dla nas jest jakiś cholerny żart, bo niby jak można doprowadzić do sytuacji gdzie w stałym obiegu brakuje tak ważnego leku do leczenia padaczki, to nie grypa, tu na pstryknięcie palcem zamienników się nie wprowadza... Jak bardzo dana firma musi nie szanować swoich pacjentów, jeśli dopuszcza do tak krzywdzącej dla nich sytuacji, chyba nawet nie chcę wiedzieć co spowodowało te braki, dziś patrząc na napad za napadem który urozmaica nasz każdy dzień, mam po prostu żal ogromny żal. 
I tyle mojego, że tu się wygadam... 

niedziela, 26 czerwca 2016

Wakacje :)

W piątek rozpoczęliśmy wakacje, co najmniej te od szkoły, i choć czerwonego paska u nas brak to Gabryś w tym roku pozaliczał wszystkie najtrudniejsze egzaminy i tym samym zdobył wszystkie cenne wyróżnienia. I choć wakacje to czas odpoczynku i relaksu to sama nie wiem jak nasz syn przetrwa te dwa miesiące bez swoich ukochanych nauczycielek :) szczególnie bez tej jedynej ;).
Dziękujemy pani Ani i pani Arlecie za cierpliwość, wyrozumiałość i pomoc, za magiczne popołudnia i urocze poranki, ale przede wszystkim za prace z naszym Gabrysiem, i wsparcie we wszystkich trudnych momentach tego ostatniego roku. 
Lipiec to będzie dla Gabrysia czas intensywnej pracy, już wróciliśmy do noszenia gorsetu i zaczynamy "głaskać" bliznę pooperacyjną ;) czekamy na zielone światło od rehabilitantów by zacząć pracować na zrostach no i oczywiście na powrót na ćwiczenia. W drugiej połowie lipca wyjeżdżamy na turnus rehabilitacyjny do Mąchocic Kapitulnych. I w taki sposób połowa wakacji za nami...

Jeśli możemy o coś prosić los, to o spokój na ten następny rok szkolny, żadnych chorób, żadnych szpitali ani zabiegów, tylko nasza zwykła codzienność i gonitwa rehabilitacyjna, to chyba nie są jakieś wygórowane marzenia!
Wszystkim życzymy niezapomnianych wakacji, dużo, dużo odpoczynku i regeneracji, my też będziemy łapali wszystkie wolne  i wypoczynkowe chwile. 


wtorek, 7 czerwca 2016

lat 11 w "Holandii"

W tym całym szpitalnym zamieszaniu zapomniałam poczynić jakikolwiek wpis z okazji dnia matki, oczywiście świętowaliśmy, osobiście ukradłam setki buziaków własnemu dziecku, tata przywiózł wór słodyczy, a i tak najważniejsze w tym dniu były sprawy pachnące nieco inaczej... Dziś opowiadanie, zawsze gdy do niego wracam myślę o własnym macierzyństwie i potwierdzam "Holandia" to piękny i urokliwy kraj. 

"Często jestem pytana o moje doświadczenia dotyczące wychowywania niepełnosprawnego dziecka – po to by pomóc ludziom nie mogącym przeżyć tego wyjątkowego doświadczenia w zrozumieniu go, by umożliwić im wyobrażenie sobie - jak to jest? 
A jest tak... 
Kiedy przygotowujesz się na przyjście dziecka jest to jak planowanie bajecznych wakacji we Włoszech. Kupujesz stertę przewodników i robisz cudowne plany. Koloseum, Dawid, Michał Anioł. Weneckie gondole. Uczysz się paru użytecznych zwrotów po włosku – jest to bardzo ekscytujące. 
Po miesiącach przygotowań i oczekiwań, ten dzień nareszcie nadchodzi. Pakujesz walizki i wyruszasz w drogę... Po kilku godzinach lotu twój samolot ląduje. Przychodzi stewardessa i mówi: „witamy w Holandii”. 
“Holandia?!?” pytasz. “Jak to Holandia? ” Przecież miały być Włochy. Powinienem być we Włoszech! Całe życie marzyłem o podróży do Włoch! 
Niestety w planach lotów nastąpiła zmiana. Wylądowałaś w Holandii i tutaj musisz zostać. 
Zauważ - nie zabrali cię do miejsca okropnego i odrażającego, pełnego zarazy, głodu i choroby. To po prostu inne miejsce. 
Musisz więc wysiąść i kupić nowe przewodniki. Musisz nauczyć się całkiem nowego języka. I spotkasz całe mnóstwo ludzi których nie miałeś nigdy spotkać. 
To po prostu inne miejsce. Jest rzadziej odwiedzane niż Włochy, mniej błyszczące, mniej „turystyczne.” Ale jeśli pobędziesz tam przez jakiś czas, kiedy już zaczerpniesz tchu i rozejrzysz się 
wokół - zauważysz, że Holandia - to wiatraki. Że Holandia - to tulipany. I że Holandia to Rembrandt. 
Tyle że każdy kogo znasz, jest zaabsorbowany podróżą do Włoch, albo właśnie z niej wraca... I wszyscy oni przez cały czas opowiadają jak cudownie spędzili tam czas. A ty przez resztę swojego życia będziesz mówił sobie: „tak, to jest miejsce, gdzie i ja miałem jechać. To jest to, co i ja sobie zaplanowałem”.
I smutek temu towarzyszący nigdy, przenigdy nie minie... ponieważ utrata twoich marzeń znaczy dla ciebie bardzo wiele. 
Ale jeśli spędzisz resztę życia użalając się nad sobą i nad tym, że nie pojechałeś do Włoch, nigdy nie będziesz przygotowany żeby odkryć wyjątkowe, bardzo specyficzne i cudowne rzeczy, które kryje w sobie właśnie Holandia. "
Oto nasza prywatna Holandia, jedyna i niepowtarzalna - kocham ją nad życie :)))

Źródło: Tekst ten napisała Emily Pearl Kingsley, matka chłopca z zespołem Downa. Od urodzenia poddawała syna wszechstronnej rehabilitacji, sama stworzyła cały szereg ćwiczeń usprawniających, a efekty, jakie osiągnęła, wzbudziły podziw i uznanie specjalistów.

niedziela, 5 czerwca 2016

!!! Dom !!!

do domu :) tyle szczęścia ;)
W piątek późnym popołudniem opuściliśmy CZD, dla nas wielka radość - wreszcie nareszcie, nadzieja, że teraz będzie już tylko lepiej, i lekki stresik - brzuch jeszcze nie zagojony, dieta to znów coś, co będzie mi spędzać sen z powiek,  no i oczywiście jelita  i wielki strach czy będą właściwie pracować... 
Przez weekend odpoczywamy, odsypiamy i regenerujemy się :) 
Teraz jest dużo łatwiej niż w zeszłym roku, dlatego za jakiś czas powolutku będziemy wracać do ćwiczeń, w lipcu planujemy turnus z Elfem, kto wie może jakieś góry - w końcu Binio jak nikt zasłużył na urlop :) i może pod koniec wakacji wymarzony przez matkę wyjazd nad morze bo dostaliśmy to dofinansowanie :)!!!
Teraz jednak odpoczywamy! postaram się by mimo wszystko nie był to tylko odpoczynek łóżkowy ;) jeśli tylko pogoda nam pozwoli i Gabrysiowy kręgosłup da radę znów odwiedzimy wszystkie parki, conajmniej ;)

Dziękujemy wszystkim za Wasze wsparcie, za modlitwę, za wszystkie ciepłe i ważne słowa, dobrze jest mieć Was wszystkich!!!

ps. to było naprawdę ważne wydarzenie bo nawet TVN w Faktach pokazał jak opuszczamy szpital :) :) :) 

wtorek, 31 maja 2016

CZD dzień 15

Dziś zaczynamy nasz trzeci tydzień w CZD, to już dwa tygodnie od operacji.  
W CZD od tygodnia trwa strajk pielęgniarek, pomimo tego dane nam było zostać na oddziale chirurgii i pod czujnym okiem specjalistów wracać do sprawności po operacji. Początkowo na oddziale było 6 pacjentów, dziś jest dziesiątka, więc pomimo strajku zdarzają się przyjęcia. Całą opiekę nad pacjentami przejęli lekarze, to oni pielęgnują, rozdzielają i rozdają leki, podłączają kroplówki i pompy, robią wlewy a przede wszystkim leczą i operują. Tak jest na chirurgii, nie wiem jak jest na innych oddziałach, ilu zostało pacjentów i jak przebiega ich leczenie. Pielęgniarki są, zdecydowanie więcej niż jedna, a gdy zachodzi taka potrzeba , bo wiadomo, że będzie np. jakieś przyjęcie przychodzą i pomagają wszystko zorganizować. Pomagają też nam, małym pacjentom i ich rodzicom, a także lekarzom, wiem, że trochę inaczej mówią o tym w mediach...
Obserwujemy ten protest od tzw. kuchni i z całego serca kibicujemy pielęgniarkom. 
A my :)
Od dziś u nas wielka radość, bo pozabierali nam wszystkie rurki, no prawie wszystkie, została nam jeszcze tak zwana kaniula czyli wkłucie centralne. Jeśli wszystko ułoży się po naszej myśli jutro też zostanie zdeinstalowana.
Aktualnie pracujemy nad "rozkarmianiem", a jak na szpital dostajemy tu same pyszności. Panie od żywienia robią wszystko by Gabi miał duży i zdrowy wybór do jedzenia. 
Kolejna nasza zmora to "rozkupczanie" (te słowa w cudzysłowie to iście skradnięte ze słowników lekarskich) i choć pierwsze koty poszły za płoty to chyba odetchniemy z ulgą jeśli qupa u naszego dziecka stanie się codziennością.
Pozostaje nam wierzyć, że wychodzimy na prostą, ale tak szczerze ucieszymy się dopiero jak wszyscy wrócimy do domu.

poniedziałek, 23 maja 2016

4 dzień pooperacyjny


Dziś minęła czwarta doba od operacji. Gabi powolutku wraca do formy choć, ból nadal jest ogromny. Nie daje rady kaszleć, kichać, wzdychać a nawet się śmiać... Wciąż musi leżeć plackiem w łóżku i czekać aż doktory zabiorą wszystkie rurki, dreny, wenflony itp. Te najbardziej dokuczliwe sam zdeinstalował, takim cudem sonda nie przetrwała nawet 2 dni po operacji, ale lekarze śmiali się tylko, że czyta w ich planach.
Emotikon wink
Teraz czekamy aż naprawiony przewód pokarmowy podejmie prace, Gabi nadal jest na żywieniu pozajelitowym, ale może już jutro do jedzenia dostaniemy jakiś kichel. My jednak z największą niecierpliwością czekamy aż znów weźmiemy nasze dziecko na ręce, wyściskamy i wyprzytulamy, a póki co wszelkie honory za nas, pełni Mis Utulacz, sypia w ramionach naszego syna już od OITu - szczęściarz 
Emotikon unsure

czwartek, 19 maja 2016

po operacji

Wczoraj popołudniu zgodnie z planem Gabryś przeszedł operację odtworzenia ciągłości przewodu pokarmowego. To bardzo poważna i trudna operacja, trwała ponad 5 godzin, ale najważniejsze, że się udała. Pierwszą pooperacyjną noc Gabryś spędził na OIT-ie, strasznie było nam żal, ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że tak będzie najbezpieczniej dla niego. Dziś rano razem z nami wrócił na chirurgię :) !
I śpi, praktycznie cały czas, a to znaczy, że się regeneruje, zresztą sama nasza pani doktor powtarza, że należy mu się. Popołudniu dostał pierwszy worek żywienia pozajelitowego, teraz pozostaje modlić się żeby jelita zaczęły pracować i wróciła perystaltyka. A jeśli tak się stanie to po niedzieli pierwsze próby jedzenia buzią.

Dziękujemy wszystkim za wsparcie i modlitwę, za Wasze telefony i smsy :) i prosimy o więcej, tak aż nas wypuszczą do domu, coby dziecku starzy nie osiwieli ;)

środa, 18 maja 2016

Pasaż


"I po pasażu" myślał Gabryś siedząc na bezpiecznych rodzicielskich kolanach, a tatuś łapczywie kradł buziaka za buziakiem. 
W drodze powrotnej jeszcze do Mcd na jakieś liody i dziecko zostało całkowicie połechtane za ten mało atrakcyjny piątkowy poranek.  Ostatni piątek zaczął się dla nas wyjątkowo wcześnie, na zewnątrz jeszcze było ciemno kiedy Gabryś już zaliczył swój leczniczy arsenał, potem krótka podróż i ciut świt przekroczyliśmy wrota CZD.
Musieliśmy wykonać tzw pasaż, to ostatnie badanie przed zbliżającą się coraz większymi krokami operacją, o zrobieniu której decyzja zapadła jeszcze w styczniu. Pasaż polega na podaniu pacjentowi kontrastu do żołądka  i obserwacji, jak ten biały obrzydliwy płyn zachowuje się w ludzkim wnętrzu. W naszym przypadku to badanie miło na celu wykluczenie refluksu. Umawialiśmy się z młodym, że dzielnie łyknie co podają i uciekamy stamtąd, ale jak spróbował dostał szczękościsku i bez sondy ani rusz, a właśnie tego chcieliśmy uniknąć. Nogi się pod nami uginają, zakładanie sondy to tragiczna rzecz... widzieliśmy nie raz i jak najbardziej chcieliśmy uniknąć. Piątek 13 uśmiecha się do nas podsyłając nam super pielęgniarkę, która wykorzystuje chwile nieuwagi młodego i sonda momentalnie znajduje się we właściwym miejscu, Gabi nawet nie zdążył zapłakać. Pani doktor robi kilka fotek rtg, wyjmujemy sondę za pół godziny powtórka zdjęciowa i prawie jesteśmy wolni. 
Wracamy na chwilę do gabinetu lekarza po wypis, nawet ścisk w korytarzu nie jest już dla nas tak uporczywy, w końcu najgorsze za nami. Na dokładkę dowiadujemy się że Gabi od stycznia przytył :) aż 4 kg... Brawo ja! brawo dieta ;)
Jednak największe zaskoczenie przyszło w poniedziałek, chirurgia zaprasza nas w przyspieszonym terminie. To już dziś. Operacja odtworzenia ciągłości przewodu pokarmowego. Trzymajcie za nas kciuki, bo strach jest ogromny... 

wtorek, 3 maja 2016

Pierwsze zakochanie?

Jeśli miłość zaczyna się od ciągania za warkocze, to chyba właśnie mamy tą pierwszą, najprawdziwszą, platoniczną miłość naszego dziecka...
Oto ona - pani Ania :)
Najpiękniejsza, najmądrzejsza, najfajniejsza z tym cudnym błyskiem w oku i najpiękniejszym uśmiechem na świecie i do tego jeszcze takim zaraźliwym, i z tymi wszystkimi fajnymi pomysłami na zabawę i ćwiczenia:). 
Po prostu ideał! 
Nasz syn ją uwielbia, zawsze oczekuje jej z niecierpliwością i stara się wykorzystać każdą wspólną, cenną minutę, najlepiej jak mama wychodzi i zostawia im jeszcze wolną chatę...
I nikogo tak nie ciąga za "warkocze"

Zawsze wydawało mi się że to ja będę najważniejszą kobietą w życiu własnego dziecka, a tu taki spadek z piedestału...
Pani matka zazdrosna jest :/

czwartek, 28 kwietnia 2016

8 kwietnia - dzień życia

No i mamy własne święto w kalendarzu, taki tylko nasz rodzinny dzień, najważniejszy w roku - dzień życia. 
Dokładnie 8 kwietnia minął rok od chwili, w której opuściliśmy szpital, staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać darowany nam czas, a ten ostatni rok z całym swym dobrodziejstwem przyniósł nam wiele wyjątkowych chwil. 

Poświętowaliśmy... tak po naszemu, ciesząc się obecnością całego rodzinnego kworum.  Nie, żeby muchy, fraki, tiule, pełna gala, tego dnia królowały piżamy, jak przystało na najprawdziwsze "pidżama party". Wielki bukiet szafirków trafił w rączki najważniejszego, pani matka przygotowała łosia z pary (łoś to nic innego jak łosoś uwielbiany przez nasze dziecko), a wieczorem bez żadnych wyrzutów sumienia wystawiła przekąski, pyszne, uwielbiane przez Gabrysia i jak to z przekąskami bywa bardzo niezdrowe i dużo, dużo lodów. Zawsze gdy patrzę na roześmianą od ucha do ucha buzię Gabrysia wymiękam, także wybacz Chodakowska i wszyscy święci liczący odrobinki cukru, dla własnego dziecka ja wszystko, nawet McDonalds  ;) 
Powspominaliśmy ten ostatni rok, złe i dobre jego momenty a nawet te wszystkie ciężkie chwile ze szpitala, popłynęło parę łez, bo na sucho tamtych dni nie da się wspominać... Dziś doceniamy każdy moment, każdy uśmiech, każde przytulenie, każdy skradziony buziak, wiemy, że to wszystko jest nadprogramowe. Staramy się żyć, po prostu żyć i cieszyć się tym co mamy, czasami tylko pokornie spoglądamy w górę i prosimy o więcej.

Kilka dni wcześniej zrobiliśmy coś bardzo ważnego i trudnego dla nas, ale też wyjątkowego. Wróciliśmy do szpitala, po raz pierwszy po prawie roku całą trójką odwiedziliśmy naszych doktorów i pielęgniarki z chirurgii i OITu z warszawskiego szpitala przy ul. Niekłańskiej, to właśnie oni walczyli o życie naszego synka gdy tak poważnie zachorował, zawsze będziemy im za to bardzo wdzięczni.
dr Zofia Patyna Giżejowska - ordynator OITu

dr Jarosław Postek - chirurg, który opiekował się Gabrysiem
 w trakcie choroby

Postanowiliśmy po raz kolejny podziękować. Ciocia Marta i babcia Mania upiekły dużo pysznego ciasta, my przygotowaliśmy kolorowe dyplomiki i po uprzednim umówieniu się z ordynatorami naszych oddziałów, zapakowaliśmy lekko przerażone dziecko do auta. Tego dnia w zupełnie innych nastrojach niż dotychczas przekroczyliśmy progi obu oddziałów. 
To były bardzo wyjątkowe chwile, długie rozmowy, cenne wskazówki i rady, ale też same pochwały, nasi lekarze byli pod wielkim wrażeniem formy w jakiej aktualnie jest Gabryś, też czujemy, że wróciliśmy na prostą i jesteśmy dumni z naszego małego Mistrza, prawdziwy z niego dzielniak!
Nasz syn w trakcie tej wizyty, był lekko wycofany co widać na zdjęciach, by nie powiedzieć przerażony, że go znów tam zostawimy, ale kiedy wyszliśmy na wiosnę uśmiech momentalnie powrócił. :)


niedziela, 3 kwietnia 2016

Bajka urzędowa ;)


Wymyśliła sobie pani matka, że w ramach rekonwalescencji po majowej operacji (jeszcze o tym nie wiecie ale mamy już termin...) zabierze dziecko na turnus, nad morze taki bardziej leżany niż rehabilitacyjny. 
otikon smile\
We wtorek rano odwiedziła WCPR, żeby zapomogę turnusową załatwić, a przy okazji wszelkie inne papierzyska zalegające od miesięcy złożyć. Niestety w stosie dokumentów zabrakło jednego, o dochodach pana ojca... Więc dzwoni czym prędzej do pana ślubnego i prosi, że pilne, że ważne, bo turnus, bo miesiąc się kończy, a kwietniu to już dupa, wiec niech jej załatwi to zaświadczenie, najlepiej w kilku egzemplarzach, nigdy nie wiadomo czy jutro nie powiedzą że potrzeba dwa... W środę ciut świt znów pani matka podąża w kierunku WCPRu ze stosem papierzysków w garści, dumna, bo dziś to już na pewno załatwi. Bardzo miła pani odsyła ją z kwitkiem bo nie znalazła zaświadczenia, że matka dostaje jałmużnę państwową... Dzień wcześniej nie było potrzebne :/. 
Emotikon unsure
W czwartek już zupełnie pewna, że załatwi wszystko, pani matka jedzie na podbój WCPR, tym razem ma ze sobą wszystkie dokumenty :).
Brawo ona!!!Emotikon smile

Miła pani wszystko przyjmuje i mówi "ale na to dofinansowanie to już raczej nie starczy pieniędzy, bo strasznie dużo zgłoszeń mamy, a kasy niewiele... " 
BRAWO ONI!!!

Bajkę urzędową pani matka napisała na podstawie własnych doświadczeń z ostatniego tygodnia... 
pani matka się nie żali tylko śmieje się z ironii losu i biurokracji panującej w jej kraju.
A jeśli doktory pozwolą to dziecko nad morze i tak zabierze, choćby miała piach i wodę sobie narysować!
BEmotikon unsure
 Emotikon unsur
Emotikon unsur

niedziela, 3 stycznia 2016

2015 według Gabrysia

Kochane ciocie i wujkowie!

Wczoraj zajrzałem na bloga i aż się za głowę złapałem, mama Wam nic nie pisze a u mnie tyle się dzieje, musicie jej wybaczyć, ostatnio cały swój wolny czas poświęca dla mnie a jeszcze przed świętami w każdej wolnej chwili budowała bombki, choinki i różne inne ozdoby świąteczne, ale to też dla mnie. Muszę ją trochę odciążyć, dlatego dziś to ja Wam napiszę jak minął mi ten ostatni rok.
Zaczynaliśmy go z pozytywnym bilansem choć mama często była smutna przez mój kręgosłup. Ciocia Ola z Dzielnego Misia już dawno pozbawiła rodziców złudzeń uświadamiając ich, że zmiany które zaszły w moim kręgosłupie są nieodwracalne, ale regularne ćwiczenia wciąż dają nadzieję na zahamowanie procesu wykrzywiania się mojej osi, jednak tak prosto jak było już nie będzie. Pocieszające było również to, że ćwiczenia oddaliły widmo operacji, której tak bardzo bali się rodzice. I oczywiście gorset, to było zadanie nr 1 dla rodziców, przejść przez wszystkie szczebelki formalności, abym go w końcu mógł używać. Pewnego dnia tatuś wziął wolne i razem zabrali mnie na prześwietlenie, okazało się, że jest naprawdę krzywo... Mama znów się martwiła i martwiła, aż w końcu wyciągnęła z szafy koszulkę, którą dostałem od cioci Kingi i wujka Łukasza i powtarzała, że choć to bardzo nie terapeutyczne to jednak jest prosto ;)

Pamiętajcie na każdą krzywość jest sposób
Na początku marca w mojej szkole Pani Dyrektor i dzieciaki ze Szkolnego Koła Caritasu, zorganizowali specjalnie dla mnie akcję charytatywną, kolejną już i pewnie nie było by w tym nic nadzwyczajnego, ale te szkolne akcje mamusia nazywa „świętem pomagania” bo są naprawdę wyjątkowe. Dodatkowo tak się złożyło, że w tym roku szkolna akcja charytatywna odbyła się w moje urodziny. Rodzice przynieśli tort a dzieciaki tak bardzo, bardzo głośno zaśpiewały mi „sto lat”, byłem taki szczęśliwy, mówię Wam taaaaka była impreza.
Kilka dni później bardzo bolał mnie brzuszek, wiele nie pamiętam, ale wiem, że byłem z mamusią u pani doktor i ona powiedziała, że zaatakował mnie wirus rota, a potem to już szpital, rodzice płakali, a mnie tak bardzo bolało, potem to już czarna dziura... Pamiętam tylko jak po wielu tygodniach wróciliśmy do domu, mamusia powiedziała mi wtedy, że to bardzo ważny dzień dla całej naszej rodziny, bo ja wygrałem bardzo trudną walkę o własne życie, i że to tak jakbym urodził się drugi raz, i że w tym roku będę obchodził podwójne urodziny. W domu uczyliśmy się wszystkiego od nowa, ja od nowa uczyłem się jedzenia, żucia i picia, rodzice od nowa uczyli się mojej pielęgnacji, trochę obowiązków im przybyło :/, poza tym mamusia musiała nauczyć się gotować specjalnie pode mnie, musiało być zdrowo ale smacznie i odżywczo, bo ja to jednak mam pańskie podniebienie, dlatego w nocy przeszukiwała internety, ale zabrała mnie też do bardzo sympatycznej pani dietetyk. Powiem, że nie raz to takie pyszne cuda wymyślała, że takie było mniam. Zresztą moja chudość zaczęła powolutku się zaokrąglać więc dieta właściwie działała.
W końcu przyszła wiosna, w poszukiwaniu witaminy D objeździłem z mamą chyba wszystkie warszawskie parki, poznaliśmy zapach chyba wszystkich napotkanych magnolii, a jak było bardzo ciepło leżakowaliśmy na trawce. Nic nie musiałem, mogłem się obijać a wręcz musiałem dużo odpoczywać, w końcu kiedyś musiałem się zregenerować, ech wiosna to taka fajna pora roku.

Ten cudowny czas, ktoś jednak zepsuł, mamusia zatęskniła za zajęciami, ja tęskniłem za moimi fajowymi ciotkami, ale tak bardzo się bałem obcych, poza tym było mi ciężko siedzieć samodzielnie, wciąż jednak byłem bardzo słaby, mamusia sama powtarzała, że kości mi przez skórę sterczą. Kiedy jeździliśmy, płakałem, bardzo płakałem. Na ćwiczeniach też płakałem, czasem, gdy mama przytulała mnie żebym trochę się uspokoił, w jej oczach widziałem łzy. Wiem, że była już tak bardzo zmęczona, ale ja tak bardzo się bałem. Pewnego dnia po zajęciach w Elfie, pojechaliśmy do cioci Oli z Dzielnego Misia.
a gdy się zmęczyłem, znów było krzywo...
Ciocia opowiedziała mamie o zrostach pooperacyjnych, uświadomiła ją że przez nie bardzo może boleć mnie brzuch, pokazała jak pracować by zrosty nie powodowały dodatkowego bólu, szkoda, że takich fachowych informacji rodzice nie otrzymali od lekarzy… Po tych zajęciach pierwszy raz przespałem powrót do domu, a w domu czekała na mnie niespodzianka, rodzice postanowili zabrać mnie w góry. Mogę się założyć, że to był pomysł taty, mama to tylko o tych ćwiczeniach, a przecież wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku.

Gdy radość ma na imię urlop :)
Następnego dnia byliśmy już w podróży, taaaki byłem szczęśliwy... Muszę Wam powiedzieć, że uwielbiam góry, tam zawsze bardzo aktywnie spędzamy czas i tak było tym razem, bardzo dużo chodziliśmy, tzn. ja z tatusiem a mama za nami się ciągnęła, bez przerwy narzekała, że tata jej ucieka i za szybko chodzi, a ona musi za nami gonić. Codziennie pokonywaliśmy jakieś fajne doliny po polskiej i słowackiej stronie, i chyba gdzieś daleko w górach zgubiły się moje wszystkie strachy, bo po powrocie do domu przestałem płakać. Bałem się jeszcze trochę, ale już nie tak bardzo, zacząłem nawet ładnie pracować na ćwiczeniach, aż ciocie nie mogły wyjść z podziwu, ciocia Gabi powiedziała nawet mamie, że teraz jak będę w kiepskiej formie to od razu wysyła nas w góry.


I było mi bardzo smutno, kiedy rodzice powiedzieli, że wracamy
Kiedy wszystkie dzieciaki zaczynały wakacje, ja na dobre wróciłem na ćwiczenia, ale mama zawsze starała się mi to jakoś wynagrodzić. Wszystko powoli wracało, przede wszystkim moje przed chorobowe umiejętności, nawet czasami udawało mi się stanąć na nogach. Popołudnia spędzaliśmy z mamą najczęściej na starówce, albo przy fontannach, czasami przy syrence karmiliśmy wróble i gołębie, mieliśmy swoją ulubioną panią ze skrzypcami, choć ja najbardziej pokochałem chopinowskie ławki. Zawsze po ćwiczeniach szliśmy do którejś z nich, mama brała mnie na kolana i wtedy  naciskaliśmy guziczek, i tak w kółko naciskaliśmy, a ławka grała.

tyle szczęścia, bo ławka gra
W upały najbardziej lubiłem wieczory, mama wtedy rozkładała leżak na balkonie i tam kładła mnie spać, sama brała książkę i latarkę i czytała mi, a kiedy zasypiałem czytała swoją, jak rano nie musieliśmy wcześnie wstawać na ćwiczenia to pozwalała mi tak spać do 2 a czasem do 3 w nocy. Opowiadała mi, że z latarką nauczyła się czytać jak była taka mała jak ja, kiedy babcia kazała jej iść spać chowała się pod kołdrą i tak czytała.
balkonig
Pod koniec lipca pojechaliśmy na turnus rehabilitacyjny  z Elfem, tata nie chciał żebym jechał, ale mamie bardzo zależało, wierzyła, że im więcej będę pracować z neurologopedą moja buzia będzie coraz ładniej pracować, a mi będzie łatwiej i jeść i pić. Ciocia Gabi jeszcze przed turnusem ustaliła z mamą, że będę miał dużo mniej zajęć niż na standardowym turnusie, moje ciocie dbają o moje zdrowie nie mniej niż moi rodzice.
Po tych wszystkich męczących ćwiczeniach rodzice znów zabrali mnie w góry, wiedzieli, że nadal jestem bardzo, bardzo słaby a bardzo dużo ćwiczyłem, dlatego chcieli, żebym zregenerował się przed rozpoczęciem roku szkolnego. Znów przespacerowaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, ale tym razem dokonaliśmy czegoś wyjątkowego, dotarliśmy w miejsca z których dotychczas rodzice rezygnowali przez mój wózek, zawsze gdy wózek nie chciał jechać tata brał mnie na ręce i przenosił przez ten najtrudniejszy odcinek, a mama wciągała moją karetę. Było super, dlatego już teraz czekam z niecierpliwością na kolejny wyjazd.



Byliśmy nawet na zamku, gdzie szukałem księżniczki, ale nie wpuścili mnie bo wózek
Od września wszystko wróciło, szkoła, regularne ćwiczenia i wytężona praca. Jesienią zacząłem chorować, okazało się, że wszystkie choroby przebyte w szpitalu bardzo osłabiły mój układ odpornościowy, wystarczy zwykły przeciąg lub ludzki roznosiciel zarazek a ja od razu choruje... Wtedy bardzo długo zostaję w domu, nawet 3 tygodnie, rodzice codziennie, nawet kilka razy dziennie inhalują mnie i oklepują, produkują cud mikstury i syropy, wszystko robią po to bym znów nie musiał przyjmować antybiotyków, mama mówi, że w szpitalu wykorzystałem limit antyboli na następną dziesięciolatkę.
Wiem, że wciąż mam wiele zaległości, ale nie poddaje się i staram jak najwięcej ćwiczyć z rodzicami w domu, albo z ciotkami w ośrodkach rehabilitacyjnych, a dzięki temu wszystkiemu co robimy i jeszcze dzięki mojemu nowemu gorsetowi na ćwiczeniach dzieją się takie cuda!
Chyba sami potwierdzicie, że gdyby nie ta „czarna marcowa dziura”, miałem bardzo fajny rok.

piątek, 1 stycznia 2016

Na ten Nowy Rok!


Niech Nowy Rok przyniesie Wam wiele radości i pomyślności, ogrom zdrowia, a także dorzuci dużą garść marzeń, bo spełnianie ich nadaje sens naszemu życiu.
Niech to będzie dobry czas dla nas wszystkich.

Zamykając ten miniony uffff!!! chciałoby się wymazać z pamięci wszystko co trudne i smutne, a wciąż pamiętając pokornie patrzę w górę i proszę by dane nam było na koniec tego Nowego przytulić tych najważniejszych! 

piątek, 25 grudnia 2015

Świątecznie


Święta to inny lepszy wymiar dnia każdego innego. Człowiek dostrzega wszystko to o czym normalnie nawet by nie pomyślał, a chcąc złożyć życzenia zastanawia się komu. Wtedy automatycznie wybiera tych, których kocha, lubi, szanuje lub podziwia. I tylko tym ludziom szczerze życzy tego co najlepsze...
Dlatego chce tymi słowami życzyć Wesołych Świąt i żeby ten inny wymiar powracał jak najczęściej nie tylko od święta.

Kochani wszystkim życzymy magicznych, a przede wszystkim rodzinnych świąt, niech to będzie dobry czas dla nas wszystkich. 


sobota, 31 października 2015

Czerwona sukienka

Moje ulubione opowiadanie, dla chwili zadumy i zamyślenia.

"Mama odchodziła. W szafie wisiała jej czerwona sukienka, blizna pośród starych ubrań, które nosiła przez całe życie. Posłali po mnie. Gdy ujrzałam mamę, od razu wiedziałam, że to koniec. To wtedy zobaczyłam tę suknię.
- Mamo, ona jest taka śliczna… Nigdy Cię w niej nie widziałam.
- Bo nigdy jej nie włożyłam – odparła znużona. – Usiądź, Millie. Zanim odejdę, chciałabym odwołać kilka lekcji, których ci udzieliłam. Jeżeli to w ogóle możliwe, Millie…
Usiadłam obok niej. Wzięła głęboki oddech.
- Teraz, gdy dotykam śmierci, dostrzegam więcej, niż kiedykolwiek przedtem… Tak… Uczyłam cię dobra, ale uczyłam cię źle…
- Co masz na myśli, mamo?
- Cóż, zawsze sądziłam, że dobra kobieta nigdy nie dopomina się o swoje, że stworzona jest, by służyć innym. Zrób to, zrób tamto, dbaj o potrzeby innych, a swoje pragnienia zachowaj na potem. Być może, któregoś dnia, przyjdzie i na nie kolej… To oczywista bzdura. Takie właśnie było moje życie, wciąż pamiętałam o twoim ojcu, chłopcach, twoich siostrach, o tobie…
- Robiłaś wszystko, co w twojej mocy, mamo.
- Oj, Millie, i na cóż to było? Wszystko dla innych… Nie rozumiesz? Uczyniłam wam rzecz najgorszą: nie prosiłam o nic dla siebie. – Twój ojciec jest w pokoju obok. Jest zdenerwowany, wpatruje się bezradnie w sufit. Gdy doktor mu powiedział o mnie, przyjął to strasznie. Przyszedł do mnie i niemal wydarł ze mnie resztki życia.
- Nie masz prawa umrzeć, słyszysz!!! Co będzie ze mną???
- „Co będzie ze mną” – jeszcze nie raz to usłyszysz, gdy umrę. Millie, on nawet nie wie, gdzie trzymamy patelnię… A dla was, dzieciaki… Wciąż byłam na zawołanie, zawsze pierwsza na nogach, ostatnia szłam spać, tak przez siedem dni w tygodniu. To ja zawsze jadłam spalone tosty i najmniejszy kawałek ciasta… Patrzę teraz na twoich braci i gdy widzę, jak oni traktują swoje żony, robi mi się niedobrze… To ja ich tego nauczyłam, a oni byli pojętnymi uczniami. Każdy grosz przeznaczałam na wasze ubrania, wasze książki, nawet jeśli nie było takiej potrzeby. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wybrała się do miasta, by kupić coś pięknego dla siebie. No, może poza tamtym razem, gdy kupiłam tę czerwoną sukienkę. Zaoszczędziłam 20 dolarów i miałam nimi zapłacić za zmywarkę, jednak tak się złożyło, że wróciłam do domu z tym dużym pudełkiem… Ale mi się oberwało od twojego ojca! „A gdzie ty chcesz to niby włożyć? Wybierasz się do opery czy co?” Miał rację. Nigdy jej nie założyłam, tylko ten jeden raz, gdy przymierzałam ją w sklepie. Och, Millie, gdybym jakimś cudem mogła pokonać tę chorobę, zobaczyłabyś zupełnie inną matkę. Tyle czasu nie brałam nic dla siebie… Nie wiedziałabym chyba, jak się do tego zabrać, ale nauczyłabym się, Millie, nauczyłabym się. 
Mama umierała. W szafie wisiała jej czerwona sukienka, blizna pośród starych ubrań, które nosiła przez całe życie.
W ostatnich słowach mama prosiła mnie:
- Wyświadcz mi przysługę, Millie, i nie idź moimi śladami. Obiecaj mi to.
Obiecałam.
Wzięła głęboki oddech. Po raz pierwszy wzięła coś dla siebie. Swój okruch śmierci.” 
Kathleen Collinson


czwartek, 6 sierpnia 2015

Suma wszystkich strachów

"Uffff, po wizycie" - pomyślał Gabryś, gdy ulokowałam jego chude "cztery litery" w foteliku samochodowym, oczy jeszcze bardzo przeszklone od łez, ale na buzi powoli zaczął pojawiać się uśmiech, ja też odetchnęłam z ulgą, marząc o tym by ten dzień już się skończył i czym prędzej opuściłam teren szpitala. Pobudka o 5 rano i rozpacz nie do ogarnięcia dała mi się we znaki... jednak kiedy opłakany incydent zaczął powtarzać się przy każdej kontroli lekarskiej zrozumieliśmy, że nasz syn ma ogromny uraz, boi się lekarzy, szpitala i wszystkiego co z nim się kojarzy. Długo zastanawialiśmy się jak naprawić zepsute poczucie bezpieczeństwa, przecież nie ma na to specjalnej recepty, a każdy nasz pomysł był przyjmowany z coraz większą rozpaczą. Postanowiliśmy wrócić na ćwiczenia, jednak ten pomysł szybko odrzuciła elfowa ciocia Gabi mówiąc mi stanowcze nie! Rozumiem, bakterie i wszelkie inne dziadostwa, wiem jakie to niebezpieczeństwo dla Gabrysia, szczególnie po szpitalnych przeżyciach, ale wtedy łudziłam się, że powrót do ulubionych ciotek terapeutek trochę naprawi nam dziecko. I nie kłamiąc bardzo marzyłam już o powrocie do naszego starego "normalnego" życia, by coś się wreszcie stało, zmieniło, pozwoliło zapomnieć... Jeszcze tego samego dnia ciocia Gabi odwołała wszystkie swoje zajęcia i przyjechała do nas. Swoją wizytą sprawiła Gabrysiowi ogromną radość, mnie uspokoiła. Świadomość, że Gabi ją pamięta, cieszy się z jej obecności i do tego jeszcze fajnie współpracuje była bardzo budująca a wręcz dawała ogromną nadzieję. Ta wizyta jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinniśmy wrócić jak najszybciej do naszego "dawnego" życia, umówiłyśmy się jednak z naszą neurologopedką, że na ćwiczenia wrócimy nie wcześniej niż w połowie maja, czyli jakiś miesiąc od wyjścia ze szpitala. Posłusznie zostaliśmy w domu, tzn przy każdej sposobności z niego uciekaliśmy, odwiedziliśmy chyba wszystkie większe parki w Wa-wie. Te wycieczki Gabryś uwielbiał i o dziwo nigdy nie płakał kiedy nasze auto podążało w kierunku, któregoś z nich, jednak kiedy tylko kierunek zmieniał na ten medyczny znów nas nawiedzały wszystkie strachy. Łudziłam się, że kiedy wrócimy na ćwiczenia wszystko minie, dlatego z niecierpliwością czekałam połowy maja...
Kiedy już przyszedł pełna radości i emocji przygotowywałam Gabrysia do powrotu na ćwiczenia, od tygodnia trajkotałam tylko o tym (mam taki zwyczaj, że zawsze mówię Biniowi gdzie i po co jedziemy), wierzyłam, że teraz to już z górki, weźmiemy dobry rozpęd i szybko wrócimy do formy, ale przede wszystkim łudziłam się, że wszystkie przed szpitalne umiejętności Gabrysia momentalnie wrócą - a regres był ogromny. Nawet przez myśl nie przeszło mi, że mój plan nie wypali, że powroty mogą być tak trudne i, że wszystkie strachy powrócą. Tak... znów w drodze na ćwiczenia towarzyszył nam pan strach i czarna rozpacz, a do towarzystwa dołączyła pani syrena, to już był nadkomplet, ale najbardziej wkurzało to, jak bardzo rozpanoszyły w naszym życiu - dotarły nawet na ćwiczenia. Gabryś płakał, w sumie to nawet nie wiem dlaczego, bo nie chciał ćwiczyć, bo coś go bolało, bo mama wyszła - powodów mogło być wiele, ale ja mogłam się tylko domyślać. W drodze powrotnej gdy Gabryś zasypiał najprawdopodobniej z "ryczącego zmęczenia" zastanawiałam się co dzieje się w jego głowie i jak pomóc własnemu dziecku. Z każdą kolejną próbą wyjazdu z domu było już tylko gorzej a my, ja i nasz syn, byliśmy tymi podróżami coraz bardziej zmęczeni, dodatkowo zagubieni. Jedno było pewne nasz syn boi się ludzi, tak naprawdę akceptuje tylko nas - mamę i tatę. Na wieczornych małżeńskich posiedzeniach szukaliśmy pomysłu na naprawę własnego dziecka... Wiem, "mission impossible", nikt nie mówił, że będzie aż tak ciężko, nikt nie dał nam instrukcji obsługi do naszego "nowego dziecka". Nasze zmęczenie rosło do granic naszych możliwości, nie doszliśmy jeszcze do siebie po szpitalnych przejściach, a czego wymagać od dziecka, które nie chcący stało się sprawcą całego zamieszania. Do głowy przychodziło nam tylko jedno słowo - odpoczynek, wszyscy go bardzo potrzebowaliśmy, dlatego decyzja o wyjeździe zapadła w ekspresowym tempie. Wyczekiwaliśmy już tylko na ten dzień kiedy razem z naszym synem wyruszymy w podróż za chociaż jeden uśmiech. 
Koniówka - to miejsce za którym wszyscy bardzo tęskniliśmy od zeszłego roku i własnie tam wybraliśmy się w połowie czerwca, by najwyżej dokąd powóz Gabrysia dojedzie zostawić wszystkie zołzy i strachy.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

A co, jeśli jutra dla nas nie będzie ?

Czyli o rewolucji marcowo - chorobowej z służbą zdrowia w tle cz.1

To miał być tydzień zwyczajny jak wszystkie dotychczas, jego początek w niczym nie zapowiadał tak tragicznego i trudnego finału. Gabryś od początku był w znakomitym humorze, codziennie rozbrajał nas swoim śmiechem, aż do środy... To właśnie w środę wieczorem pojawiły się kolorowe ptaki (to trochę ładniej brzmiące określenie wymiotów), Robert w trasie, za późno na lekarza, chyba że na jakiś ostry dyżur. Tylko że ze zwykłym pawiem na SOR to lekka przesada... Ale wtedy nie wiedziałam, że ten był niezwykły. Młody wymęczony zasypia, układam go na boku, w pozycji bardzo bezpiecznej, zabezpieczam plecy, żeby się nie odkręcił, i biegnę do pobliskiego nocnego po colę – ten niezdrowy napój znakomicie blokuje odruch wymiotny, dodatkowo przez dużą zawartość cukru jest pomocny w walce z odwodnieniem (ale tę metodę stosujemy w podbramkowych sytuacjach). Cola na trochę pomaga, jednak nad ranem kolorowe ptaki wracają. Skoro świt oboje padamy na twarz, ale czym prędzej umawiam nas do lekarza. Nasza pani doktor jest po południu, więc idziemy do kogokolwiek, byleby jak najszybciej. Pediatra diagnozuje wirus rota, czym mnie trochę szokuje, bo tak bez biegunki? Sugeruję jej, że Binio ma problem z brzuchem, mówię, że podnosiłam nawet jego prawą nogę wysoko do góry, myśląc, że to wyrostek robaczkowy, w końcu Gabi to od kilku dni 10-latek, jednak lekarz nawet nie dotykając brzucha Gabrysia stwierdza, że jego choroba nie ma nic wspólnego z brzuchem, zapewnia, że to wirus rota, a że bez biegunki, to nic szczególnego – podobno miewa też i taki przebieg. Wychodząc, czuję jakiś wewnętrzny niepokój... ale wtedy najbardziej skupiam się na tym, by pomóc Gabiemu. W międzyczasie Robert wraca z wyjazdu, bierze wolne w pracy by razem ze mną zająć się chorybzdą. Stan Gabrysia chwilowo się poprawia. Kiedy wymioty ustają, próbujemy delikatnie wprowadzać jedzenie, niestety wszelkie próby kończą się nawrotem kolorowych ptaków… Nawet nie wiem, kiedy minęły te dwa dni. 
W sobotę nad ranem z Gabrysiem zaczyna dziać się coś złego, jednym z objawów jest bardzo twardy brzuch, prawie jak kamień. Dzwonimy do naszej pediatry, ta zaleca natychmiastową wizytę na ostrym dyżurze, jedziemy do najbliższej placówki. Po dłuższej chwili oczekiwania wkraczamy do gabinetu, pani doktor, dość wiekowa kobieta, na dzień dobry krzyczy do nas, że do gabinetu nie wprowadzamy wózków, my nie mniej miłym tonem uświadamiamy ją, że to tak, jakby kazała nam, rodzicom, zostawić nogi za drzwiami. Nie jesteśmy złośliwi, jesteśmy przerażeni... (à propos wózka – Gabi ma już 10 lat i chyba widać, że jest dzieckiem niepełnosprawnym, poza tym nikt z lenistwa nie wozi tak dużego dziecka na wózku – trochę taktu). Ale najgorsze przed nami, ponieważ zanim rozpocznie się badanie, lekarz musi sporządzić historię choroby, klepiąc jednym palcem w klawiaturę. Zajmuje jej to jakieś 20 minut. Robert kilka razy sugeruje, żeby zobaczyła, co dolega Gabiemu, bo bardzo się męczy, bardzo ciężko oddycha... Ale papierologia jest najważniejsza, pacjent może się przekręcić... W końcu doktor odrywa głowę znad komputera, a samo badanie zajmuje jej sekundę. Diagnozy nie stawia, jednak w trybie pilnym kieruje nas do chirurgów, wypisuje nam papier z dopiskiem "cito". Jedziemy na SOR pobliskiego szpitala na Niekłańskiej. W rejestracji szybko opowiadam, co się dzieje z naszym synem, pani wypisuje kartę, później  kieruje nas na badanie wykonywane przez ratownika medycznego. Niestety, pan ratownik nie diagnozuje tragicznego stanu Gabrysia i tak zanim docieramy do poczekalni, nasze cito rozpada się na kawałki... 
W kolejce tłum ludzi, dzieci mdleją, wymiotują, sytuacja generalnie niewesoła. Trzymam Gabrysia na kolanach, przytulam, a łzy same mi płyną, widzę, że jest z nim coraz gorzej, coraz trudniej mu się oddycha. Robert co chwilę puka do gabinetu i upomina się o przyjęcie, w końcu przekraczamy magiczne drzwi. Bardzo młoda pani doktor jest nie mniej przerażona od nas, kieruje nas na USG. Wtedy jeszcze nie wiemy, że każda minuta jest na wagę życia, tego najważniejszego dla nas... Na USG upewniamy się, że problem jest – tak jak przypuszczaliśmy – w jelitach. Wracamy do gabinetu, znów musimy swoje odstać, dostajemy kolejne skierowanie –tym razem na RTG (gabinet rentgenowski jest naprzeciwko USG...). Prześwietlenie potwierdza, że to jelita, mają bardzo powiększoną średnicę i powodują ucisk, a nawet przesunięcie innych organów do góry i to jest właśnie powód problemów z oddychaniem. Mijają prawie 4 godziny, zostajemy skierowani na chirurgię. Jadąc windą na II piętro, byliśmy niemalże pewni, że to tak tylko na weekend, przeczyszczą młodemu jelita, wzmocnią go (jakieś kroplówki) i wypuszczą nas do domu. Ale Gabi jest już tak słaby, że jest problem z pobraniem krwi. Jadę do domu po badania – wiem, gdzie co leży, pójdzie mi szybciej. Kiedy byłam na ostatnim lewoskręcie, dzwoni Robert i mówi, że Gabrysia zabrali na blok. Zamieram, samochód razem ze mną. Stoję tak ze 3 zmiany świateł, kierowcy, którzy muszą mnie jakoś minąć, pukają się w głowy, a ja nie jestem w stanie nic zrobić... W końcu zbieram się w sobie, wiem, że dla nich, moich chłopaków, muszę tam wrócić. Biegnę szybko do mieszkania, zgarniam, co potrzeba, wracam do szpitala. Pani doktor informuje nas, że Gabryś będzie operowany, ponieważ próby przeczyszczenia jelit nic nie dały. Kierujemy się na piętro, gdzie mieści się blok operacyjny, chcemy być jak najbliżej Gabrysia. Spędzamy tam najgorsze chwile naszego życia, łzy same płyną, żadna modlitwa nie składa się w całość... SMS-uję do wszystkich, których mogę prosić o modlitwę, a sama już tylko proszę Boga, by pozwolił nam jeszcze raz, chociaż raz przytulić naszego synka. 
Po ponad dwóch godzinach wychodzi pani doktor. Jej słowa są druzgocące, bo zaczyna od "to był ostatni moment, gdyby państwa syn trafił tu kwadrans później, nie udałoby się nam go uratować. To potężny skręt jelit, doszło już do martwicy sporej części jelita grubego. Tę martwiczą część wycięliśmy, wyłoniliśmy przetokę,  najbliższe godziny i dni będą decydujące…". Żyje – to jedyne słowo, które wtedy do nas dotarło, chcieliśmy jak najszybciej zobaczyć naszego synka. Ale przez pierwsze dwie godziny pacjent zawsze zostaje na obserwacji na sali pooperacyjnej. Pani doktor odesłała nas do domu, sugerując, że my też potrzebujemy odpoczynku. Wychodząc, mam ochotę wszystkich tam, na rejestracji, rozszarpać – przejście przez SOR zajęło nam tyle czasu, tak bardzo cennego czasu... Ale największy żal mam do siebie, pozwoliłam uśpić swoją matczyną czujność…  
W domu nie jesteśmy w stanie usiedzieć na miejscu, marzymy tylko o tym, by być już przy Gabrysiu. Po godzinie wracamy do szpitala. Kiedy wchodzimy na oddział, pielęgniarki jadą po nasze dziecko, idziemy razem z nimi. Gdzieś głęboko w sercu pojawia się nadzieja, że teraz to już szybka naprawa i wracamy do domu. Ale Gabi jakby nie nasz, jakby otłumaniony, a może obolały. W tym momencie najważniejsze jest jednak to, że JEST. Zostajemy przy nim w szpitalu, nie wyobrażamy sobie, by miał być choć przez chwilę sam, mając świadomość, jak jest źle, chcemy wykorzystać każdy moment. Szpitalne noce były ciężkie, a strach przed tym, co mogłoby się zdarzyć, nie pozwalał zmrużyć oka. Kiedy już się kładłam, prosiłam Boga, by następne rano było nam dane. Niedziela przyniosła nadzieję, Gabi powolutku wracał, parametry się poprawiały, nawet zaczął się do nas śmiać, nie wiedzieliśmy tylko, że jego wnętrze to wciąż tykająca bomba... 
Marzyliśmy o tym, by zabrać go już do domu – przecież w domu wszystkie rany goją się szybciej. Ale chcemy też mieć pewność, że wszystko jest z nim  dobrze, a kolejne dni są bardzo trudne. Nasz lekarz prowadzący zapytany, czy stan naszego dziecka jest już stabilny, zaprzecza. Zresztą sama buzia Gabrysia to jeden wielki smuteczek, dlatego robimy wszystko, by na jego buzi znów pojawił się uśmiech. Zwozimy z domu ulubione zabawki, pluszaki i utulaki. Podejmujemy nawet próby jedzenia, ale to przywołuje kolorowe ptaki i parametry zaczynają spadać, a stan Gabrysia się pogarsza... Jest środa, po raz pierwszy od niedzieli wychodzę do domu. Kiedy przekraczam próg naszego mieszkania, dzwoni Robert – młodego znów zabrali na blok, pędem wracam do szpitala. Bezsilność to jedyne uczucie,·które z wtedy pamiętam... Kiedy próbuję dotrzeć pod salę operacyjną, nogi się pode mną uginają, jakby razem z moją głową nie chciały znów przez to przechodzić. Znów kilka godzin czekania, znów ten ogromny strach, ta bezsilność... 
Po kilku godzinach wyszedł do nas ordynator. Operacja się udała, ale znów najbliższe dni będą decydujące. Tym razem jelito cienkie zapętliło i zablokowało przetokę wyłonioną w sobotę, w trakcie operacji zamknięto pierwszą przetokę, wyłoniono drugą – przetoka to nic innego jak stomia, w przypadku Gabrysia kolostomia. Gabi zostaje na pooperacyjnej, a w związku z tym, że na blok trafia pacjent po wypadku, nasz syn nie może wrócić na górę dopóki lekarz nie skończy operować. Po godz. 22 pielęgniarki odsyłają nas do domu, prosimy je więc tylko, by dały nam znać, gdyby Gabryś miał wrócić na chirurgię. Około 1 w nocy dostajemy sygnał, że nasz syn wraca. Ja też wracam, dla mnie to nasza najgorsza noc szpitalna, choć każda była straszna... Kiedy przekraczam drzwi oddziału, słyszę Gabrysia, choć dzieli mnie od niego spora część korytarza. Od razu jestem świadoma, jak ogromny musi być ból, i że przed nami bardzo ciężka noc... Cały czas razem z misiem utulaczem próbujemy sprawić, by Gabi zapomniał o tym wszystkim, co się wydarzyło, o bólu, i by choć na chwilę usnął. Śpiewamy, głaszczemy, próbujemy przytulić, choć to trudne – z każdej strony jakieś rurki, ten pocięty brzuch  i jeszcze szyja z wkłuciem centralnym. Kiedy Gabryś zasypia choć na chwilę, wychodzę na korytarz. Muszę się wyryczeć, od początku staramy się nie robić tego przy nim. Mam dość, jestem zmęczona, przerażona, psychiczne totalnie obolała. Coś we mnie pękło, ale mam też świadomość, że największe cierpienie spadło właśnie na Gabrysia, a my musimy zrobić wszystko, by mu jak najbardziej ulżyć. Tylko jak? Tej nocy nie zmrużyłam oka, chciałam, żeby Gabi czuł, że jestem obok. Bałam się stracić jakąkolwiek sekundę, nawet tak bardzo przecierpianą... 
Z samego rana ściągnęłam do szpitala Roberta, byłam bardzo zmęczona, ale też nie chciałam nawet na chwilę odejść od łóżka Gabrysia. Po porannej wizycie ordynatora siedzieliśmy przy Biniu i sączyliśmy kawę, którą jeszcze ciepłą Robert codziennie przywoził z domu. Toczyliśmy bardzo trudną rozmowę i to właśnie wtedy zadałam mu pytanie, które wisiało w powietrzu od soboty:  "A co, jeśli jutra dla nas nie będzie, co, jeśli przyjdzie taki dzień, że szpital będziemy musieli opuścić sami...?". To nie tak, że się poddałam, cały czas miałam wielką nadzieję, że wszyscy wyjdziemy stamtąd jak najszybciej, nadzieję, która podnosiła mnie codziennie rano na nogi, ale ta ostatnia noc mnie rozwaliła. I uświadomiła mi, że wiara i nadzieja to jedno, a stan Gabrysia był naprawdę bardzo ciężki. Robert od zawsze miał niesamowitą zdolność stawiania mnie do pionu i tym razem było podobnie – szybko przypomniał mi, że jeśli opuścimy ten szpital, to tylko we troje i zakończył rozmowę. 
Po południu jest tylko gorzej – tak nam się wydaje – Gabrysiowi drastycznie zaczyna spadać tętno. Z bardzo bólowego, na poziomie 150-140, spada poniżej 100, w bardzo szybkim tempie leci coraz niżej i niżej – 80, 70, 60, 50… Maszyna wyje niemiłosiernie, cały personel się zbiega i odsuwa nas od naszego synka. Wiedzieliśmy, co to może znaczyć, od tygodnia powtarzano nam, że nasz syn jest chory śmiertelnie, a tętno leciało dalej – 40, 30… Byliśmy pewni, że to już koniec, przerażenie i łzy nie do opanowania. W pewnym momencie do sali weszła pielęgniarka, wyłączyła monitor, włączyła z powrotem i dodała: „zawiesił się…”. K... mać, przecież jesteśmy ludźmi utkanymi z żywych tkanek, mamy ręce, nogi, głowy, serca a nade wszystko mamy uczucia!!! To był moment, w którym chciałam ich rozszarpać, tylko kto jest winien, że mają tam taki kijowy sprzęt...
Wybłagaliśmy lekarzy, by przez ten krytyczny czas pozwolili nam czuwać na zmianę. W dzień oboje byliśmy przy Gabim, w nocy jedno z nas czuwało przy jego łóżku, a drugie spało w świetlicy i co dwie godziny zmiana. Wytrzymaliśmy tak cztery noce, potem to już OIT. Z każdym dniem dochodziło coś nowego – zagrożenie septyczne, wiecznie lecące wyniki, aż w końcu zapalenie płuc. Powiedziano nam o nim w piątek, choć lekarze wiedzieli od środy. Z Gabrysiem na łóżku zjeżdżamy trzy piętra niżej na RTG, gdzie jest tłum ludzi przychodzących z zewnątrz na badania, a co za tym idzie – ogrom bakterii (następnego dnia okazuje się, że oddział obok ma przenośny rentgen, którym można przyjechać na salę Gabrysia). Prześwietlenie wykazuje postępujące zapalenie płuc, od środy podobno są duże zmiany. Wracamy na górę, nasza "ulubiona" pielęgniarka zakłada Gabiemu maskę tlenową i tak zaleca mu przeleżeć weekend, a niestety tak leżąc, nasz syn nie miałby szans na przeżycie. Jesteśmy zdruzgotani. To już zbyt wiele jak na jeden krótki tydzień, ile cierpienia może wziąć na siebie jeden mały człowieczek, ile są w stanie znieść jego rodzice... 
Sobota jest tragiczna, Gabi coraz gorzej oddycha, jego organizm jest zbyt mocno obciążony, zbyt słaby, by walczyć. Widzimy, że jego stan pogarsza się z minuty na minutę, saturacja spada. Przy próbach kaszlu Gabryś zaczyna wymiotować, okazuje się, że jego żołądek w ogóle nie pracuje i od pierwszych szpitalnych dni nie działa. Młody od środy jest na żywieniu pozajelitowym, nie dostaje żadnych posiłków doustnie, a w żołądku są zaległości. Znów wraca świadomość, że jest bardzo jest źle, zdruzgotani dzwonimy do naszych najbliższych i sugerujemy, że to chyba czas się pożegnać... Dotychczas nie pozwalaliśmy nikomu na wizytę, baliśmy się, że ktoś przyniesie jakieś nowe zarazki, ale też nie chcieliśmy rozpaczy i chlipania, przy Gabrysiu musieliśmy być twardzi – dla niego, a babcie mogłyby nie trzymać fasonu i ich wizyta raczej dodatkowo nas by rozkleiła.
Wieczorem zastępca ordynatora dyżurująca w sobotę stawia oddział do góry nogami, żeby pomóc naszemu dziecku. Najpierw ściąga rentgen (dało się? - dało...) i robi nowe prześwietlenie, okazuje się, że już całe płuco jest zajęte, a zalegający w gardle śluz sprawia młodemu coraz większe problemy w oddychaniu. Pani doktor ściąga z OIT-u panią anestezjolog, która odsysa zalegania – pomaga, bardzo! Na wieczorną zmianę przychodzą dwie cudowne pielęgniarki, umawiają się z nami, że dokładnie co 2 godziny będą przychodzić, by oklepywać i odsysać Gabrysia. Czuwamy przy młodym na zmianę i, oczywiście, włączamy się w pomoc, dla nich nawet samo przytrzymanie Gabiego jest bardzo pomocne. Pani doktor też zagląda co jakiś czas, efektem tej nocnej walki jest "świetna" forma Gabiego następnego dnia – poza tym, że wycieńczony organizm dopada jeszcze padaczka, to dla naszego dziecka jest to naprawdę dobry dzień. Oczywiście odsysamy się i oklepujemy, może troszkę rzadziej, bo młody po nocy odzyskał oddech i odsypia, w międzyczasie dostaje kolejny woreczek życiodajnego czerwonego płynu. Nawet babcie stwierdzają, że panikujemy i w zdecydowanie lepszych nastrojach niż przyjechały wracają do domów. Jednak to tylko złudzenie, że niedziela jest punktem zwrotnym, wieczorem przychodzi nocna zmiana.
Kiedy mówię im o oklepywaniu, odsysaniu młodego, patrzą na mnie jak na idiotkę, pokrętnie odmawiają mi pomocy – przecież skoro w karcie niewpisane jako zalecenie, to nie obowiązek... Zdruzgotana Roberta odsyłam do domu, a sama kładę się spać. Oczywiście gdy sama oklepuję Gabrysia, pytają, kto pozwolił mi to robić, ale odsysania nie potrafię, a sztuką było połączenie obu technik. Padam na twarz, zmęczenie i wyczerpanie robi swoje, choć gdyby ze strony pielęgniarek była wola pomocy, nie spałabym i tej nocy. Pielęgniarki pojawiają się w nocy na sali (raz, pamiętam, choć mówiły później, że były kilka razy), czego skutkiem są poranne zaburzenia oddechu, saturacja z maską tlenową nie przekracza 80. Nie muszę pisać, co czuję – znów zaliczamy dół. Oczywiście po mojej interwencji u lekarza regularne wsparcie powraca, tylko jest trochę za późno. Po południu przychodzi neurolog i załamuje ręce, jak widzi, w jakim stanie jest Gabryś, i wcale nie chodzi jej o padaczkę... Jest również pediatrą, pyta naszego lekarza prowadzącego o pomoc, jaką otrzymał nasz syn, wymienia jakieś 3 lub 4 formy leczenia, pamiętam tylko powtarzane pytanie: a to robiliście?, a to robiliście?, a to robiliście...?. Cisza jest bardzo wymowna. Pani neurolog zwiększa leczenie przeciwpadaczkowe, wypisuje lek do natychmiastowego wdrożenia, ale też zaczyna szukać pomocy na innych oddziałach. Przyprowadza najpierw lekarza z alergologii, a potem szuka pomocy na OIT-cie. My czekamy na podanie leku, przy tak często powracających napadach ten lek musi być podany natychmiast – ja nazywam to złotym strzałem – czekamy pół godziny, napady coraz bardziej  się nasilają, w końcu zjawia się pielęgniarka z podajnikiem do wolnego wlewu... Nie wyrabiam. Wychodzę z oddziału, przy wejściu mijam trzy panie w fartuchach, kulturalnie ustępuję im miejsca. Nie mam pojęcia, że to wsparcie dla naszego dziecka. Na dole wychlipuję się Kasi (Kasia pracuje w rejestracji ogólnej szpitala, od początku  naszych szpitalnych zmagań bardzo wspiera naszą trójkę, dodatkowo codziennie skoro świt wpada do nas z kawą i czymś słodkim, codziennie przytula i zostawia jakieś dobre słowo). Będąc już na zewnątrz, dzwonię do Roberta, mówię, że stoję pod oknem naszej sali i proszę, żeby wyjrzał, to im pomacham. W odpowiedzi słyszę, że nie może, bo przyszły panie z OIT-u i zabierają Gabrysia. Tak, dokładnie te same, z którymi minęłam się, opuszczając chirurgię. 
W tamtym momencie wydawało mi się, że już nic gorszego nie mogło nam się przydarzyć, bo OIT dla większości z nas to ostatni szczebelek do przepaści... Wracam, udaje mi się dolecieć na górę, zanim Gabi opuszcza salę. Jestem zdruzgotana, bo muszę go tam zostawić samego – dla mnie wrócić do domu bez własnego dziecka to porażka, to przerwanie czegoś wyjątkowego, co czujemy tylko my. Mam żal o wszystko – że nasz lekarz prowadzący przed weekendem nie zleca wykonania antybiogramu, zostawia nas na weekend z antybiotykami, które, jak dało się zauważyć, nie działały na to zapalenie płuc. Mam żal do pielęgniarek o ostatnią noc, żal do siebie, że nie miałam takiej siły przebicia, by lekarze bardziej wysłuchali się w to, co im mówię o dotychczasowym leczeniu naszego dziecka, że nie potrafiłam uchronić Gabrysia przed tym wszystkim. Ale i tak najgorszy jest strach, że zostawiając Gabrysia samego, możemy nie zdążyć na ostatnie sekundy...
Cdn.